You are from: United States, Go to our American website.

Volunteer overseas on worthwhile and sustainable programmesVolunteer Overseas

Chciałam zostać lekarzem, na miejscu upewniłam się, że to jest coś dla mnie

Wywiad z Sabiną Zabielską, uczestniczką wolontariatu młodzieżowego z zakresu Medycyny w Nepalu

Skąd się dowiedziałaś o Projects Abroad?

Sabina pozuje do zdjęcia na warszawskim lotnisku im. Chopina

Szczerze mówiąc to zobaczyłam reklamę na Facebooku i tak już od roku zbierałam się żeby gdzieś pojechać. A że marzy mi się medycyna i uwielbiam poznawać nowe kultury i nie mam z tym żadnego problemu, to zaproponowałam to moim rodzicom, i to może nawet tak od niechcenia powiedziałam, że warto spróbować, a oni o dziwo powiedzieli, że jak chcę jechać to żebym jechała. Więc decyzja została podjęta szybko.

Dlaczego wybrałaś akurat Nepal?

Myślę, że wybrałam Nepal dlatego, że został mi polecony i było to jedyne miejsce, gdzie można było mieszkać w hotelu, a nie u rodziny goszczącej. Wzięłam to pod uwagę ponieważ to był mój pierwszy samodzielny wyjazd na tak długi czas, a na dodatek do Azji. Stwierdziłam, że mogłabym mieć problem z różnicami kulturowymi, więc hotel to jednak dobra opcja na pierwszy raz.

Jak przebiegały Twoje przygotowania?

Bardzo na poważnie wzięłam sobie ten wyjazd, dlatego przeczytałam książkę Pani Olgi Morawskiej, która opowiada o Nepalu, chciałam być gotowa na wszelkie sytuacje. Chociaż tak naprawdę nie przygotowywałam się jakoś inaczej niż do zwykłych wakacji. Wiadomo że musiałam zakupić kitel lekarski i kilka specjalistycznych rzeczy ale to było właściwie przyjemne. Już od maja nie mogłam się doczekać wyjazdu.

W czym Ci pomogła ta książka?

Sabina trzyma na rękach małe dziecko

Dała mi ogólny pogląd na to co mogę tam spotkać, ale uważam, że bez niej też bym tam przeżyła ponieważ ja bardzo szybko się zaaklimatyzowałam i nie miałam z tym właściwie żadnego problemu. Było gorąco, było duszno, ale na to też byłam przygotowana psychicznie.

Miałaś jakieś obawy związane z wyjazdem?

Bałam się, że ludzie nie będą chcieli z nami mieć żadnego kontaktu, bo może będą się nas bali. O dziwo wszyscy tam rozumieli po angielsku, gorzej było z naszym rozumieniem ich, dlatego że mają bardzo mocny akcent i bardzo ciężko jest zrozumieć co mówią. Na szczęście rozumieli nas i nie spotkałam się z żadną sytuacją, by ktoś nie odpowiadał na moje pytania. Szczególnie w szpitalach, lekarze byli bardzo chętni do tłumaczenia i pokazywania wszystkiego.

Jak oceniasz wsparcie, które Projects Abroad udzielił Ci przed wyjazdem?

Moja koordynatorka była ze mną w stałym kontakcie i wiedziałam, że mogę się do niej zwrócić z każdym problemem. Nie miałam również obaw przed lotem, gdzie miałam przesiadkę w Doha. Dostałam cały plik informacji o tym co powinnam ze sobą wziąć i jak będzie wyglądało odebranie nas z lotniska.

Jaka była Twoja pierwsza myśl po przybyciu na miejsce?

 Sabina pozuje do zdjęcia z gromadą lokalnych dzieci

Że jest straszliwie gorąco i nie wiem jak to przetrwam. Wysiadłam z samolotu, na świeże powietrze i od razu zalałam się potem. Zresztą tak już później było, że non stop się z nas lało i przez chwilę nawet byłam odwodniona, chociaż piłam naprawdę dużo wody to przegrałam z temperaturą.

Poznałaś tam innych wolontariuszy, jak wyglądały początki waszych znajomości.

Jak przyjechałam do hotelu to wylądowałam sama w pokoju, a kilka godzin później przyjechała dziewczyna z Węgier. Natomiast ze wszystkimi bardziej poznaliśmy się w busie, którym jechaliśmy 16 godzin z Katmandu to Chitwan i tak już zostaliśmy w tej grupie. Trzymaliśmy się razem przez dwa tygodnie, a później się wymieszaliśmy. Ja dalej utrzymuję kontakt z tymi ludźmi i nawet w listopadzie jadę do Francji do dwóch koleżanek, więc utrzymujemy stały kontakt tą całą naszą 16 osobową grupą.

A uważasz, że są to znajomości na lata?

Myślę, że niektóre na pewno. To znaczy u nas był właściwie chłopak z Włoch, dziewczyna z Włoch, Francji i z Węgier. Piątka z Europy a reszta osób to były Stany Zjednoczone i Kanada. Więc trochę nas dzieli kilometrów, ale na pewno nie miałabym problemów z zadzwonieniem i zapytaniem czy mogę do któregoś z nich i przyjechać na wakacje.

Czy wyjazd na wolontariat nauczył Cię czegoś nowego?

Myślę, że dużo szacunku do innej osoby i zmieniło mi się całkowicie podejście do życia, bo tam ludzie nie martwią się o rzeczy materialne. Widać, że to jest biedny kraj, ale ludzie są szczęśliwi i zawsze chcą pomóc. Widać, że ludzie tam mają zupełnie inny system wartości i trochę im tego zazdroszczę. Wróciłam do Polski i myślałam, że zostanie mi na długo nepalski tok myślenia, ale jest ciężko w naszej szarej rzeczywistości żyć ich życiem.

Jak wyglądał Twój typowy wolontariacki dzień?

Dzieci z lokalnej szkoły uśmiechają się do zdjęcia

Na każdy z dni mieliśmy plan. Wstawaliśmy o 8 rano na szybkie śniadanko, później wracaliśmy do pokojów, przebieraliśmy się, zabieraliśmy rzeczy. Wychodziliśmy do szpitala i siedzieliśmy w nim do 15, ale jak chcieliśmy zostać dłużej to nie było z tym żadnego problemu. Także zdarzało się, że godzinami siedzieliśmy na głowach tych lekarzy. Po wszystkim wracaliśmy do hotelu i mieliśmy zajęcia kulturowe, uczyliśmy się trochę nepalskiego, trochę tańców nepalskich, robiliśmy słynne pierożki Momo. Świetną częścią tego wolontariatu jest to, że w tygodniu rzeczywiście uczestniczysz w tym co się dzieje w szpitalach, a popołudniami i w weekendy poznajesz ten Nepal od środka. To było idealne połączenie bo naprawdę dużo nauczyłam się ze strony medycznej, a też bardzo dużo zobaczyłam.

Spotkałaś się z jakimiś różnicami w zwyczajach?

Tak, spotkałam się z tym, że tam się ludzie notorycznie spóźniają. To nie są spóźnienia 15 minutowe, tylko bardziej liczone w godzinach (śmiech). Zdarzyło się tak, że po śniadaniu mieliśmy wychodzić o godzinie 8:30-9:00 a wychodziliśmy koło 10, bo nasi kierowcy… nie wiadomo, gdzie byli i co robili (śmiech). Ale to też zostało nam powiedziane na początku, że jest taki problem i nie potrafią nad tym zapanować. Więc do tego się akurat przyzwyczailiśmy. Te 4 tygodnie to idealna długość wolontariatu, bo zdążyliśmy się bardzo mocno zaaklimatyzować, wszyscy się zaprzyjaźniliśmy i przyzwyczailiśmy do tego co tam się dzieje.

Jak już wracaliśmy do Katmandu to rozmawialiśmy o tym, że może w sumie fajnie by było zostać dłużej. Jednak stwierdziliśmy, że maksymalnie miesiąc, a później moglibyśmy wrócić na tydzień do domu i potem znowu wrócić na miesiąc, ale tak na stałe to by było ciężko.

A jak spędzaliście czas w weekendy?

Byliśmy w Parku Narodowym w Chitwan. Zwiedzaliśmy świątynie, byliśmy w Lumbini, gdzie narodził się i żył Budda. Więc myślę, że zobaczyliśmy wszystkie rzeczy, które są na tej liście „must see" w Nepalu. Jestem bardzo zadowolona, myślę że dużo się tam rzeczy zniszczyło przez trzęsienia ziemi, ale rozmawialiśmy z jednym z lekarzy i powiedział nam, że on ma wrażenie, że Nepal dopiero się rodzi od nowa, że są trochę zacofani, ale teraz już wszystko idzie w dobrym kierunku, i że za kilkanaście, może kilkadziesiąt lat już nie będzie tak odstawał, ani kulturowo, ani materialnie od reszty świata.

Jak uważasz, co warto ze sobą zabrać do Nepalu?

Naprawdę ważną rzeczą do zabrania są chusty lniane, dlatego, bo tam jest naprawdę gorąco, a nie mogliśmy nigdzie chodzić w krótkich spodenkach, czy z odkrytymi ramionami. I te chusty nas trochę ratowały bo można było je sobie zawinąć w pasie i zasłaniało to kolana i było przewiewnie. Więc myślę, że to jest taka rzecz, którą warto ze sobą mieć.

Spotkałaś się z czymś co jest dostępne tylko w tym kraju i nigdzie indziej?

Ciężarówka na ulicach nepalu

Nepalczycy są bardzo uduchowieni, oni po prostu tym żyją i nie jest to dla nich żaden przymus. Tak jak na przykład w Polsce zdarza się, że ludzie traktują religię jako coś co jest tradycją, co trzeba robić, ale właściwie to nie wierzą w Boga. Widać tam, że oni są mocno uduchowieni i naprawdę wierzą w to co robią i wszystkie te zwyczaje żyją od lat.

Spotkałam się z sytuacją w Katmandu, że szliśmy na kolację i podszedł do mnie umalowany pan w pomarańczowej Kaszaji, zrobił mi kropkę na czole, położył mi kwiatek na czubku głowy, coś tam powiedział i poszedł dalej. Później Pan z Projects Abroad, który nas prowadził do tej restauracji powiedział, że on mi zrobił jakieś błogosławieństwo. Bardzo dziwnie się poczułam, tym bardziej, że szliśmy szesnastoosobową grupą, a ten mnich wypatrzył sobie mnie i nagle pomalował mnie na czerwono i jeszcze obsypał kwiatkami.

Uważasz, że taki wolontariat to dobra opcja na podróżowanie inaczej?

Tak, oprócz tego, że zdobywa się jakieś doświadczenie, które ciężko jest zdobyć, przynajmniej w Polsce, to można zobaczyć kawał świata. Ponadto wszystko jest dopięte na ostatni guzik. Naprawdę nie miałam żadnych zastrzeżeń co do organizacji tego wolontariatu. Jedynym problemem oczywiście były te spóźnienia i nie mieliśmy na to żadnego wpływu, ale uważam, że mieliśmy naprawdę bardzo fajnie zapełniony czas. Zobaczyliśmy bardzo dużo. Nikt nas do niczego nie zmuszał i spędzaliśmy czas z osobami, które mają te same zainteresowania, to było wyjątkowe.

A czym się różni taki wyjazd od tego zorganizowanego przez biuro podróży.

Wyjazdy z biur podróży to masówki, a tutaj na miejscu nasza koordynatorka, która była z Kanady bardzo osobiście do nas podchodziła. Ona była dwa lata starsza ode mnie i mogłaby być moją koleżanką, ale z drugiej strony była naprawdę profesjonalna. Zawsze była pomocna, dostępna, chciała pomagać, pytała się czy wszystko jest dobrze i też mam z nią kontakt cały czas.

Masz jakieś rady dla przyszłych wolontariuszy?

Na MyProjectsAbroad było napisane, że można wziąć jakieś małe prezenty dla dzieci w szkołach i ja tego nie zrobiłam. Bardzo tego żałuję, bo byliśmy w kilku szkołach i te dzieci myślę, że są obowiązkowym punktem programu, bo wszystkie się niesamowicie cieszą. Mam piękne zdjęcia z nimi, były bardzo otwarte i ciekawe. Dlatego myślę, że takie małe upominki to coś co warto ze sobą zabrać, bo później ma się wrażenie, że miło takim dzieciom dostać pamiątkę z innej części świata.

Gdybyś miała opisać wolontariat jednym zdaniem to jak ono by brzmiało?

Myślę, że ten wolontariat jest czymś co całkowicie zmienia Twoje myślenie i daje Ci czas do lepszego odkrycia siebie.

Pojechałam tam, bo bardzo chcę zostać lekarzem i to od zawsze jest moje marzenie. Tam na miejscu upewniłam się, że to jest coś dla mnie. Nie mam problemu z tym, że widzę otwarte rany, że

Sabina Zabielska

Powrót do Historii Wolontariuszy

Poinformuj znajomych o tej stronie:

Powrót do góry ▲