You are from: United States, Go to our American website.

Volunteer overseas on worthwhile and sustainable programmesVolunteer Overseas

Praktyki dla studentów Medycyny w Ghanie, Joanna Kręczyńska

Joanna Kreczynska

Joanna Kręczyńska: Ma 23 lata. Pochodzi z Gliwic. W 2012 r. przeprowadziła się do Łodzi, gdzie rozpoczęła studia na Uniwersytecie Medycznym. W wolnych chwilach lubi grać na gitarze i próbować swoich sił w różnych dyscyplinach sportowych, a także spotykać się z przyjaciółmi. Po ukończeniu studiów i specjalizacji chciałaby oprócz pracy w Polsce, mieć też możliwość wyjazdu do krajów rozwijających się po to, aby również tam realizować się jako lekarz.

Projects Abroad: Jesteś studentką medycyny, udział w programie był realizacją Twoich praktyk. Czy już wcześniej gdzieś je odbywałaś?

Joanna Kręczyńska: Dotychczas praktyki studenckie odbywałam w Polsce (w Łodzi i Gliwicach) zgodnie z programem przewidzianym przez moją uczelnię, a więc najpierw były to praktyki pielęgniarskie, potem SOR (Szpitalny Oddział Ratunkowy) i przychodnia POZ (Podstawowej Opieki Zdrowotnej), interna, w tym roku jeszcze chirurgia i intensywna terapia. Praktyki co roku trwają 4 tygodnie. Polegają na włączaniu się w pracę personelu danej placówki. Poznajemy, jak funkcjonuje szpital i przychodnia, pracujemy z pacjentami, uczestniczymy w obchodach, odprawach, asystujemy również przy badaniach i zabiegach.

Joanna Kreczynska

Na miejsce realizacji projektu wybrałaś Ghanę. Dlaczego?

Po pierwsze chciałam, żeby to była Afryka. Od zawsze moim marzeniem było, żeby ją zobaczyć. Na stronie internetowej Projects Abroad przeczytałam wywiad z jedną z wolontariuszek, która odwiedziła ten kraj i bardzo go polecała jako dobry punkt wyjścia do poznania Afryki. Ghana jest też uważana za kraj bezpieczny i przyjazny turystom. Chodziło też o wybranie takiego miejsca, w którym będę posługiwać się językiem angielskim, a nie francuskim (jak np. w Togo). To pomogło podjąć mi decyzję o wyborze kraju.

Nie bałaś się wyjazdu do Afryki?

Oczywiście! Ale pokonanie tego strachu było jedynym sposobem na realizację mojego marzenia o wyjeździe i zweryfikowanie, czy w późniejszym życiu zawodowym, już z dyplomem lekarza i specjalizacją, będę chciała wracać do Afryki. Jest to na tyle istotna kwestia, że bardzo chciałam się sprawdzić pomimo lęku i wszystkich wątpliwości. Poza tym jechałam tam z nastawieniem, że będzie to jedna z największych przygód w moim życiu. Nie pomyliłam się.

Joanna Kreczynska

Jakie, Twoim zdaniem, mity i wyobrażenia wiążą się z tym kontynentem i jego mieszkańcami?

Wiele osób myśląc „Afryka”, wyobraża sobie scenerię rodem z W pustyni i w puszczy. Wszędzie lepianki, brak wody, prądu oraz Internetu. Ludzie zupełnie oderwani od naszej europejskiej rzeczywistości i odcięci od kultury. Wszędzie „bieda”, „upał” i „malaria”. No i niewątpliwie fauna: żyrafy, słonie, lwy, małpy, węże boa i inne. Afryka jest też kojarzona z piękną muzyką i kolorami. Niektórzy uważają ją za „koniec świata”. Muszę przyznać, że sięgając pamięcią wstecz, widzę, że wszystko to po części jest prawdą, ale też sprawiło, że był to najbardziej niezwykły miesiąc w moim życiu. Afryka jest piękna i kolorowa. I trochę smutna.

Dlaczego smutna?

To jedno z tych odczuć, które trudno jest wytłumaczyć. Pomimo wielu kolorów, radosnych ludzi spotykanych na każdym kroku i muzyki, którą słyszało się w wielu miejscach, odczuwałam pewną nostalgię. Może to kwestia trudnej historii tego kraju, może po części obecnej jeszcze w wielu miejscach biedy, a może tego, że często przebywałam w miejscach, gdzie natykałam się na ludzkie cierpienie. Ale tak właśnie jest. „Trochę smutno”.

Joanna Kreczynska

Gdzie mieszkałaś w trakcie pobytu?

W Cape Coast. To miejscowość położona na południu Ghany, w Zatoce Gwinejskiej, 30 km od stolicy państwa. Zdecydowałam się wraz z koleżanką zamieszkać u tzw. host family, czyli miejscowej rodziny, która przyjmuje pod swój dach wolontariuszy (alternatywą była możliwość mieszkania w hostelu). Warunki były skromne, ale szczęśliwie dalece odbiegające od lepianki. Mieszkałyśmy na parterze wielorodzinnego domu. Miałyśmy do dyspozycji duży pokój. Za ścianą znajdował się pokój dzienny, obok kuchnia i toaleta. Trudno było mi przyzwyczaić się do tego, że czasami przez 2-3 dni brakowało wody albo prądu, a także do innej diety (bardziej pikantnej i przeważnie bezmięsnej), do zdarzających się okazjonalnie inwazji mrówek czy spotkań z jaszczurkami pod prysznicem. Spanie pod moskitierą i lęk przed wpuszczeniem moskitów do domu przez zbyt wolne zamykanie za sobą drzwi też wymagały czasu, aby się z nimi oswoić. Dbała o nas host-mama i dwie siostry, które dla nas gotowały i pomagały nam się odnaleźć w codzienności, a wieczorami czekały na nasz powrót do domu. Pierwsze dni były ciężkie i nieraz bardzo tęskniłam za domem, komfortem i znanym sobie menu, jednak przez te 4 tygodnie moim domem stał się ten afrykański i właśnie tak starałam się go traktować.

Jak porozumiewałaś się z mieszkańcami Ghany? Po angielsku?

Tak. Zdecydowana większość osób, z którymi przyszło mi się kontaktować mówiła po angielsku, jeśli nie bardzo dobrze, to przynajmniej w sposób komunikatywny. Podczas wyjazdów do szkół i „w teren” oraz w szpitalu spotkałam też wiele osób mówiących tylko w jednym z lokalnych dialektów (najczęściej twi lub fanti). W kontaktach z tymi ludźmi należało wykazać się kreatywnością. Trzeba było znaleźć kogoś, kto byłby tłumaczem lub komunikować się językiem gestów i symboli. Oczywiście próbowałam opanować podstawy lokalnego słownictwa, ale raczej nie można powiedzieć, żebym potrafiłam w nim mówić.

Czy podobało Ci się życie w Ghanie? Mogłabyś takie wieść albo wrócić tam jeszcze kiedyś celem odbycia kolejnych praktyk?

Najpiękniejszym aspektem życia w Ghanie był ten, że miałam wrażenie, jakby przestała mnie tam obowiązywać rachuba czasu. Oczywiście do szpitala trzeba było dotrzeć na określoną godzinę i niektóre spotkania czy wydarzenia odbywały się w sztywno określonych ramach czasowych, ale poza tym pojęcie czasu jakby nie istniało. Nikt się nie spieszył, nikogo nie goniły terminy, zawsze był czas, żeby z kimś porozmawiać, lepiej go poznać. Wszystko działo się tam po prostu w swoim czasie. Bardzo dzięki temu odpoczęłam.

Wiadomo, że na początku doznałam szoku kulturowego, ale kiedy już nauczyłam się, jak mniej więcej funkcjonować wśród tamtejszych ludzi, to wszystko stało się łatwiejsze. Z wielką chęcią bym tam wróciła, zarówno do samej Ghany jako kraju, jak i do ludzi, których tam poznałam, krajobrazów i kultury, ale też do szpitala i pracy w tych miejscach, w których spędziłam tamte dni.

Czy wyniosłaś z programu jakieś cenne doświadczenie? Czegoś się w jego trakcie nauczyłaś?

Ważne dla mnie były szczególnie dwie rzeczy: po pierwsze spotkałam się tam z chorobami i problemami, jakich raczej nie mam szansy zobaczyć w polskich szpitalach. Mówię tu o takich przypadkach jak: tyfus, zaawansowana malaria czy AIDS, a także wiele schorzeń ortopedycznych. Często nieleczonych, gdyż pacjent późno zdecydował się szukać pomocy, a więc bardzo zaawansowanych i trudnych w leczeniu. Zadając pytania i uważnie słuchając, można było dowiedzieć się od lekarzy bardzo wiele na temat konkretnych przypadków i ich leczenia. Najlepiej w tym aspekcie wspominam A&E (odpowiednik polskiego SOR-u), gdzie trafiały osoby w każdym wieku, ze wszystkimi możliwymi schorzeniami, jakie zna medycyna, a my wszystkie te przypadki mogliśmy do woli analizować. Często uczestniczyłam też w zmianach opatrunków: takich ran i widoków moje oczy jeszcze nie oglądały. Mogłam się więc sprawdzić, lepiej poznać pacjentów i zdobyć trochę ich zaufania.

Drugim ważnym aspektem była nauka improwizacji i szybkiego podejmowania decyzji. Co robić, jeśli nagle zabraknie prądu? A jeśli nie ma pod ręką potrzebnej kroplówki? Jeżeli nie możemy zrobić RTG, USG, tomografii, a pacjenta trzeba ratować? Pomysłowość lekarzy, ich wiedza i opanowanie nieraz mnie zadziwiały. Dane mi było też oglądać nowe zastosowanie substancji: użycie miodu i octu w desmurgii czy umieszczanie pudru z rękawiczek w mikrofali, by ratować kość – to tylko niektóre z przykładów, a było ich naprawdę dużo. Czy wszystko to przyda mi się w przyszłości? Mam nadzieję, bo zmieniło to mój sposób patrzenia na medycynę.

Jakie podejście do człowieka/pacjenta panuje w miejscowych szpitalach?

Jeden z miejscowych lekarzy powiedział mi, że chociaż w Ghanie nie mają tylu pieniędzy i sprzętów co szpitale w Europie, to z pewnością starają się to nadrobić zapałem i poświęceniem. Takie jest też moje zdanie po kilku tygodniach tam spędzonych. Pomimo braku wielu sprzętów, które w Europie wydają się wręcz niezbędne do funkcjonowania szpitala, udawało się nam skutecznie ratować ludzkie życie. Wiadomo, że w Afryce pojęcie śmierci jest odbierane inaczej niż w Europie, gdzie mamy lepsze (patrząc obiektywnie) narzędzia, aby skutecznie o nie walczyć. W Ghanie, pomimo zawziętej walki lekarzy o pacjentów, śmierć była czymś częściej spotykanym, czymś bardziej normalnym. Największe szanse zawsze mieli najsilniejsi. W podejściu do pacjenta najważniejsze dla mnie było to, że ten pacjent faktycznie był w centrum uwagi. Może nie powinno to nikogo dziwić, ale mam tu na myśli fakt, że nie obowiązywały takie biurokratyczne zasady, jak te znane mi z Polski. Lekarz nie był urzędnikiem, tylko całą swoją uwagę mógł poświęcić choremu. Nie wypełniał kuriozalnych druków i dokumentów, nie miał żadnego limitu czasowego przyjęć – „10 minut na pacjenta” itp. Jeżeli konsultacja w przychodni wymagała czasu, to trwała godzinę, a nieraz i dłużej. Podejście pacjentów też było inne. Nikt się nie przepychał, nie skarżył, nie poganiał. Tak jak mówiłam wcześniej, wszystko działo się w swoim tempie. To było niesamowite.

Jacy są mieszkańcy Ghany wobec siebie i innych, turystów?

Trzeba tu zwrócić uwagę na dwie rzeczy. Po pierwsze, nie tylko w Europie funkcjonują stereotypy na temat mieszkańców Afryki. To działa też w drugą stronę. Jako obruni (co w lokalnym języku oznacza po prostu ‘biały człowiek’) byłyśmy odbierane jako bogate czy chociaż posiadające dużo więcej niż Ghańczycy, co czasem skutkowało nasilonym żebractwem pod naszym adresem. Równie często spotykanym stereotypem była nasza naiwność czy raczej podatność na naciąganie. Wejście między lokalne stragany zawsze kończyło się szybkim ich opuszczeniem z powodu oblegającej nas liczby sklepikarzy i pseudoartystów, chcących za wszelką cenę (często bardzo zawyżoną) sprzedać nam swój towar. Tłumaczenia i próby odcięcia się były z góry skazane na porażkę. Asertywność wobec naciągaczy wymagała treningu, ale była niezbędna, by normalnie funkcjonować.

Po drugie, warte odnotowania jest również to, że generalnie mieszkańcy Ghany są niezwykle otwarci i serdeczni. Zagadywanie na ulicy, w sklepie, szpitalu czy taksówce było tam na porządku dziennym. Zawsze trzeba było opowiedzieć coś o sobie, o Polsce, o doświadczeniach z dotychczasowego pobytu w Afryce. Nietrudno było o nawiązanie znajomości i wspólne spędzenie czasu. Miałam takie odczucie, że to naprawdę są dobrzy ludzie. Oczywiście zdarzały się wyjątki (z którymi niestety miałam okazję osobiście się zapoznać), ale generalnie byłam Ghańczykami zachwycona. Największym zaskoczeniem okazał się dla mnie (w kontekście obecnych nastrojów religijnych w niektórych krajach) fakt, że chrześcijanie i muzułmanie, których poznałam w Cape Coast, żyli w zupełnej zgodzie, a ich Kościoły nieraz podejmowały wspólne inicjatywy.

Jakie było Twoje podejście do tego kraju? Z czym sobie nie radziłaś? Co stanowiło wyzwanie, które podjęłaś i mu sprostałaś?

Trudno mi zliczyć wszystkie zaskoczenia i wyzwania, jakie spotykały mnie każdego dnia. Już samo znalezienie się w miejscu tak różnym od Polski, Europy, w zupełnie innej kulturze, wśród zupełnie obcych ludzi stanowiło niemałe wyzwanie. Dodajmy do tego medycynę, tak różną od znanej mi z Polski, inną dietę i roślinność, odmienny klimat oraz świadomość, że jestem ponad 7 tysięcy kilometrów od domu. To dość jak na początek. Pierwszy tydzień był naprawdę trudny. Stałe zmęczenie, obawa przed wychodzeniem wieczorami na nieznane mi ulice, w ogóle obawa przed zgubieniem się gdzieś w mieście, konieczność podróżowania taksówkami do miejsc, które znałam tylko z nazwy, ogromna liczba nowych twarzy, imion do zapamiętania, kolorowy tłum na ulicy, nieustanny dźwięk klaksonów i… tęsknota za domem – to wszystko składało się na tzw. culture shock. Jakoś w połowie wyjazdu wszystko stało się prostsze. Dystans i wsparcie innych wolontariuszy pozwoliły mi nabrać pewności siebie i zacząć cieszyć się z wyzwań, zamiast się ich obawiać. Praca w szpitalu wprowadzała nieco spokoju we wszystko co się działo. Był to stały punkt odniesienia, pewny punkt planu dnia. Wiedziałam, że będę się uczyć i zdobywać doświadczenie. To nadawało sens i porządkowało dzień. A moje podejście? Cóż, dowiedzieć się jak najwięcej o sobie, dać z siebie 100% i na tyle samo wykorzystać czas, jaki mogłam spędzić w Ghanie.

Czy mogłaś tam na kogoś liczyć? Organizatorów, innych wolontariuszy?

Jedną z moich największych obaw przed wyjazdem była właśnie ta, czy będzie tam ktoś, kto się mną jakoś zajmie? Co będzie, jeżeli nie spotkam nikogo na lotnisku? Jeżeli zostanę sama ze sobą? Tu, co muszę przyznać, nastąpiło jedno z najbardziej pozytywnych zaskoczeń. Organizatorzy byli do naszej dyspozycji praktycznie cały czas, w każdej sytuacji, od wyjścia z lotniska w dzień przylotu, do wejścia na nie ostatniego dnia. Organizacyjnie wszystko działało praktycznie bezbłędnie i czułam, że się tam o mnie troszczą. Dużą rolę odegrał też na pewno fakt, że poleciałam do Ghany razem z koleżanką z Polski, mieszkałyśmy razem i ze wszystkim radziłyśmy sobie wspólnie – od problemów językowych, przez planowanie weekendów, aż po pracę na szpitalnych oddziałach. Byli też oczywiście inni wolontariusze, z którymi komunikowałyśmy się za pomocą aplikacji WhatsApp, spędzałyśmy razem czas w ramach naszych projektów, ale też wieczorami (najbardziej popularnym miejscem spotkań był Beach Resort Oasis) i w weekendy, kiedy wspólnie odkrywaliśmy Ghanę. Czułam się tam bezpiecznie. Wiedziałam, że nie będę zostawiona sama sobie, cokolwiek by się nie wydarzyło.

Powiedz coś więcej o tym, jak spędzałaś wolny czas?

Popołudnia i wieczory pierwszego tygodnia poświęcałam głównie na sen i dostosowywanie się do nowego klimatu. Kiedy już z koleżanką trochę doszłyśmy do siebie, w tygodniu spacerowałyśmy, oglądałyśmy stragany, czytałyśmy książki na świeżym powietrzu, spisywałyśmy wspomnienia, grałyśmy w gry planszowe z host-siostrami, a także spotykałyśmy się z innymi wolontariuszami. Weekendami podróżowałyśmy po najbardziej popularnych i wartych zobaczenia miejscach, ale też odwiedzałyśmy piękne plaże i po prostu leżakowałyśmy w słońcu. Każdemu polecam!

A czy poleciłabyś turyście z Polski odwiedzenie tego kraju? Co ciekawego można tam zobaczyć?

Każdemu poleciłabym odwiedzenie Ghany z uwagi na otwartość mieszkańców i ich nastawienie do turystów, ale też ze względu na sam kraj i jego piękno. Z miejsc, które zwiedziłam i mogę je zarekomendować, to z pewnością Kakum National Park, w którym można poczuć się trochę jak w dżungli, zobaczyć niesamowitą roślinność i przede wszystkim odbyć niezapomniany spacer siedmioma kładkami zawieszonymi kilkanaście metrów nad ziemią ponad szczytami afrykańskich drzew. Emocje i piękne widoki gwarantowane. Warto też z pewnością odwiedzić Nzulezu – maleńką wioskę liczącą kilkuset mieszkańców, zbudowaną w całości na wodzie, przeznaczoną do odwiedzin turystów. W samym Cape Coast znajduje się też zamek, część smutnej historii handlu niewolnikami, udostępniony do zwiedzania, ale tworzący dość ponure muzeum. Okoliczne miejscowości, takie jak Tacoradi, Elmina czy nawet sama stolica – Accra – też są warte odwiedzenia, ponieważ każda z nich tworzy swój własny niezapomniany klimat. W celach relaksacyjnych można udać się na jedną z wielu plaż lub do resortów Busua czy Cocconut Grove. To te, w których miałam okazję wypoczywać i serdecznie je polecam! Nie udało mi się natomiast dotrzeć na północ kraju, do Kumasi i Mole National Park, gdzie można zakosztować nieco innego klimatu Ghany, a więc safari, a przy odrobinie szczęścia zobaczyć bardziej dziką zwierzynę, silniej kojarzącą się z Afryką niż kozy i jaszczurki. Prawda jest taka, że wystarczy zapytać pierwszą napotkaną tam osobę, host-rodzinę czy innych wolontariuszy o to, co zrobić z nadmiarem wolnego czasu. Wspólnie zaplanowane i przeżyte podróże i wyjazdy to jedne z najpiękniejszych wspomnień, jakie ze sobą przywiozłam.

A jakieś inne pamiątki?

Przywiozłam też wiele drobnych rzeczy, z których korzystam w ciągu dnia: zdobione notatniki, kolorowo wyszywane etui, bransoletki, kolczyki, fartuch, kawę, herbatę. Ale za najbardziej „afrykańskie” uważam dwie rzeczy: malowidła miejscowych artystów, które kolorami i krajobrazem przywodzą na myśl samo serce Afryki, a także piękne ubrania uszyte na miarę z lokalnych materiałów przez niezastąpioną i niezwykłą krawcową Lidię. Zdjęcia to osobna kategoria pamiątek: jest ich ponad 2 tysiące i niezmiennie wywołują uśmiech na mojej twarzy.

Jakie wspomnienie z pobytu w Ghanie zostanie z Tobą na dłużej?

Z pewnością będą to ciepłe wieczory nad oceanem, pod palmami i te gwiazdy, które mogłabym oglądać godzinami. Bo niebo nad Ghaną jest inne, niż nad Polską. Wyższe, bardziej odległe, szersze, głębsze, po prostu piękniejsze. Późne wieczory i gwieździste noce to wspomnienia, do których wracam bardzo często. To było niezwykłe i piękne.

Jak czujesz się po powrocie do Polski? Czy czegoś Ci brakuje?

Zrealizowałam swoje marzenie, więc jestem bardzo szczęśliwa. Pokochałam Afrykę, wiem, że tam wrócę. Daje mi to duże pole do planowania i snucia kolejnych marzeń. Żałuję tylko, że byłam tam tak krótko.

Brakuje mi z pewnością otwartości i serdeczności przypadkowo spotkanych ludzi, dzieci z daleka okazujących swoją radość na widok białego człowieka, wspomnianego już przez mnie innego pojęcia „czasu”, tego powolnego i spokojnego życia dzień po dniu. Bardzo pokochałam też wspomniane już gwieździste noce i palmy nad oceanem i tęsknię za tym, że były na wyciągnięcie ręki. Zupełnie innym rodzajem tęsknoty jest ta za ludźmi, których tam poznałam. Utrzymujemy kontakt, ale to nie to samo, co móc ich spotkać i beztrosko się pośmiać. Takie rzeczy zostają w pamięci i tworzą najpiękniejsze wspomnienia.

Chciałabyś coś jeszcze dodać?

Razem z Justyną, z którą realizowałam projekt, chciałyśmy zapamiętać i opowiedzieć bliskim jak najwięcej. Tworzyłyśmy więc blog. Opisywałyśmy w nim w miarę na bieżąco akcje podejmowane w ramach projektu, nasze wycieczki, przemyślenia, lokalne ciekawostki, umieściłyśmy też trochę wskazówek dla osób, które pragnęłyby odwiedzić ten kraj oraz oczywiście wplotłyśmy tam wiele anegdot i fotografii. Serdecznie polecamy go odwiedzić http://napokojach.blogspot.com/

Joanna Kręczyńska

Powrót do Historii Wolontariuszy

Poinformuj znajomych o tej stronie:

Powrót do góry ▲
Feedback
You seem interested in our projects! Care to tell us more?
I'd be happy to! Not right now, thanks.