You are from: United States, Go to our American website.

Volunteer overseas on worthwhile and sustainable programmesVolunteer Overseas

Tak się tam zaaklimatyzowałem, że czuję, iż znalazłem swoją drugą ojczyznę

Wywiad z Frankiem Kizińskim, uczestnikiem wolontariatu z zakresu Medycyny i Opieki zdrowotnej w Ghanie.

Franek Kiziński

Franciszek Kiziński - Franek ma 17 lat. Pochodzi z Warszawy. Uczęszcza do klasy IB I Społecznego Liceum Ogólnokształcącego Bednarska. Kocha koszykówkę. Lubi spędzać czas z przyjaciółmi nad Wisłą. W przyszłości ma zamiar wyjechać na studia medyczne do Szkocji, Francji, Holandii albo Belgii.

Projects Abroad: Jesteś z Warszawy. To miasto da się lubić?

Franciszek Kiziński: W Warszawie najbardziej podoba mi się to, że to miasto, które cały czas się zmienia. Każda dzielnica oferuje coś innego, wszyscy znajdą tutaj coś dla siebie. Można żyć w mieście, ale mieszkać poza nim, gdzie jest mniejszy ruch i ciągle nie jeżdżą pod oknami karetki.

Franek Kiziński

A Twoje ulubione miejsce w Warszawie? Masz takie?

Chyba to będzie Park Pole Mokotowskie.

Na razie jeszcze uczysz się w liceum i przygotowujesz do matury, ale po zakończeniu szkoły planujesz wyjechać za granicę. Dlaczego?

Dla mnie najważniejszą rzeczą jest wyjechać z domu. Usamodzielnić się. I też nauczyć się innego języka. Być dwujęzycznym. Potem może wrócę do Polski i będę tu pracować i jeździć na różne zagraniczne staże po to, żeby się dokształcać.

Franek Kiziński

To Twoja własna motywacja, czy ktoś Cię do tego pomysłu przekonał? Może znajomi, którzy wyjechali?

Własna. Raczej większość moich znajomych planuje zostać w Polsce. Mnie do wyjazdu zachęcił udział w programie Projects Abroad. Trzeba wyjechać, bo jednak medycyna w Polsce jest bardzo okrojona z praktyk. Brakuje kontaktu z pacjentem, nie ma wolontariuszy, jak np. w Holandii, cały nacisk położony jest na zdobywanie wiedzy.

Opowiedz nam coś więcej o programie, w jakim brałeś udział.

Uczestniczyłem w 4-tygodniowym projekcie medycznym w Ghanie. Każdego dnia mieliśmy zaplanowane co innego w zależności od tego, gdzie byliśmy. Zajmowaliśmy się głównie obserwacją. Nieraz nawet bardzo intensywną. Widziałem wiele poważnych ran, uszkodzeń rąk, nóg i brzucha. Jako wolontariusze pomagaliśmy np. przynosząc bandaże, watę, wodę utlenioną, spirytus, strzykawki. Takie podstawowe rzeczy.

Franek Kiziński

Dobrze się czułeś w trakcie obserwacji tak drastycznych nieraz obrażeń? Nie zbierało Ci się na wymioty?

Zbierało, ale chęć doświadczania była silniejsza od użalania się nad sobą. Poza tym, jadąc do Afryki, byłem w miarę przygotowany na to, co tam zastanę. Przed podróżą sporo poczytałem na ten temat i byłem przekonany, że nie będzie tam ładnie, elegancko i schludnie, więc można powiedzieć, że liczyłem się z mocnymi wrażeniami. I one mnie tam nieraz nawet budowały. Dodawały pewności siebie.

Z tego, co mówisz i z poprzednich moich rozmów z wolontariuszami biorącymi udział w projektach medycznych wynika, że to niezwykle cenne doświadczenie, którego nie mielibyście okazji nabyć w większości europejskich szpitali, gdzie normy sanitarne są dużo wyższe a biurokracja bardziej rozbudowana.

Tak, jak najbardziej. W ogóle wydaje mi się, że ani w Europie, ani w Ameryce czy Kanadzie, tzn. w krajach bardzo wysoko rozwiniętych, nie dopuszczono by 17-latka bez żadnych certyfikatów, umiejętności, stażu i doświadczenia do pracy czy nawet pomocy w szpitalu, nie pozwolono by mu być obecnym przy wielu zabiegach, np. zdejmowania opatrunku z kolana człowieka, który właśnie wyszedł po operacji albo nie ma skóry na nodze, albo jest poparzony. W Ghanie często nie ma czasu na takie obawy. Nie wystarcza go bowiem nawet na to, aby nałożyć rękawiczki. Wszystko jest ograniczone do absolutnego minimum. Pacjenci leżą na jednej sali obok siebie. Przed przyjęciem do szpitala otrzymują porcję leków, jakie gwarantuje im ubezpieczenie (o ile wcześniej je wykupią) i jeżeli te leki się zużyją, pacjenci muszą dopłacać za kolejne z własnej kieszeni. Gdy nie mają na to pieniędzy, a często się tak zdarza, pielęgniarki używają wtedy alternatywnych środków zaradczych np. do oczyszczania ran.

Franek Kiziński

Wiemy już, jak wyglądały Twoje codzienne obowiązki. A miejsce, w którym zostałeś zakwaterowany?

Mieszkałem razem z innymi wolontariuszami u jednej z mieszkanek Cape Coast, w jej wielkim jednopiętrowym domu. Pokój dzieliłem z dwoma innymi chłopakami, Amerykaninem i Kanadyjczykiem. Spodziewałem się dość trudnych warunków i takie tam zastałem. Musiałem np. przywyknąć do tego, że tylko średnio raz na dzień mogliśmy spuszczać wodę w toalecie. Ponadto zawsze trzeba było myć się „z wiadra”. Brało się wtedy wodę z baryłki i spłukiwało nią. Po dwóch tygodniach tak się do tego przyzwyczaiłem, że prysznic nie był już dla mnie taki niezbędny. Może też dlatego, że przed wyjazdem ściąłem włosy albo dlatego, że nie jestem szczególnie wybredny.

A jak dogadywałeś się ze swoimi współlokatorami oraz innymi wolontariuszami Projects Abroad?

Świetnie! To było dla mnie kolejne ważne doświadczenie, bo do tej pory nie jeździłem na podobne projekty i wymiany z dużą liczbą osób z zagranicy. Dowiedziałem się, jak wygląda edukacja w Holandii, poznałem ludzi z Ameryki. Pozwoliło mi to otworzyć się na innych ludzi i zachęciło do podróżowania.

Franek Kiziński

A z mieszkańcami Ghany utrzymywałeś jakieś kontakty? Miałeś na to czas? Bo wiem, że często bywa tak, że zamykacie się we własnym gronie wolontariuszy albo po prostu macie zbyt dużo obowiązków.

Tym razem nam się poszczęściło, bo trafiliśmy na super chłopaków, którzy mieszkali niedaleko nas i byli krewnymi naszej gospodyni. I oni pierwsi do nas zagadali, wyciągali nas na miasto. Tak powoli zaczynała się nasza znajomość. Pod koniec naszego pobytu byliśmy jak najlepsi przyjaciele. Cały czas trzymaliśmy się razem, mieliśmy do siebie numery telefonów, umawialiśmy się na spotkania.

Czy jako wolontariusz miałeś w Ghanie jakieś problemy natury językowej?

Nie. W Ghanie angielski jest językiem urzędowym. Ja miałem tylko momentami problemy w szpitalu, kiedy używano bardziej fachowego, medycznego słownictwa. Ale tak, to nie. Mózg szybko przestawia się na komunikację w innym języku. Poza tym wszyscy mi tam bardzo pomagali. Byli bardzo wyrozumiali.

Franek Kiziński

Mówiłeś, że chodziliście ze znajomymi „na miasto”. To może teraz trochę o tym mieście. Co tam zobaczyłeś? Czego ciekawego doświadczyłeś?

Trafiłem do Cape Coast, które leży nad oceanem, więc codziennie orzeźwiała mnie przyjemna bryza. Miasto w Ghanie to jest ciągłe życie, ruch, samochody, zero świateł, wszyscy jeżdżą, jak chcą. Idziesz ulicą, nie po chodniku, bo go tam nie ma, więc musisz mieć oczy dookoła głowy, żeby Cię samochód albo motor przypadkiem nie potrącił. Tłumy ludzi. Życie na ulicy tętni do późnych godzin nocnych jak w żadnej z europejskich stolic. Młodzi idą się bawić. Jest tam dużo barów, a centrum życia nocnego kręci się wokół Oaza Resort, w której mieszkają wolontariusze i turyści. Co piątek i sobota organizowane są tam wielkie imprezy.

Gdy nie pracowaliście ani nie imprezowaliście zwiedzaliście Ghanę?

Głównie okolice Cape Coast. W pierwszym tygodniu byliśmy w Resorcie przy plaży. Mieszkaliśmy tam w domkach. Dostaliśmy prysznic, więc wszyscy oszaleli. Kąpaliśmy się nawet po 4 razy dziennie. Jedzenie też mieliśmy bardziej europejskie. Mogliśmy odpocząć od ryżu i kurczaka, ostrego sosu czy makaronu.

Franek Kiziński

Brakowało Wam na co dzień jakichś przysmaków z Waszych domów? Mogliście gdzieś je kupić?

Tak, był tam jeden taki sklep, nazywaliśmy go American shop, z Pringlesami, M&M’sami i innymi przysmakami, gdzie robiliśmy co jakiś czas większe zapasy. Ale zwykle nie kupowaliśmy dużo na mieście, bo dostaliśmy informację od naszych opiekunów, że spożywanie tamtejszego jedzenia może źle się skończyć dla naszych żołądków. Ja jadałem na mieście tylko grillowaną kukurydzę, mięsa nie odważyłem się spróbować.

Mieliście jeszcze jakieś ograniczenia z tego powodu, że był to projekt młodzieżowy?

Nie mogliśmy wychodzić sami na miasto, tzn. bez żadnego opiekuna. Każdy dzień naszego pobytu był tam też dość szczegółowo zaplanowany, choć mieliśmy na te plany swój wpływ. Program podlegał więc pewnym modyfikacjom.

Franek Kiziński

Spędziłeś w Ghanie miesiąc. To wystarczająco, aby się tam zaaklimatyzować?

Tak się tam zaaklimatyzowałem, że czuję, iż znalazłem swoją drugą ojczyznę. Bardzo mi się tam podobało. Ludzie szczególnie, którzy są wspaniali, pełni miłości i tolerancji wobec innych. Zawsze otwarci i uśmiechnięci, mówią Ci „dzień dobry”, pytają, „jak się masz?”. Tam wszyscy trzymają się razem. Tworzą wspólnotę. Mieszkają obok siebie. Dużo ze sobą rozmawiają, także o swoich problemach. Każdy ma przyjaciół i rodzinę, na których pomoc może liczyć. Inaczej na tym kontynencie nie można byłoby żyć. Jak się upolowało np. kozła, dzieli się nim z innymi, a nie zjada samemu. Moglibyśmy się uczyć od Ghańczyków podobnej życzliwości i gościnności.

Planujesz jeszcze kiedyś wyjechać na jakiś wolontariat?

Tak. W przyszłe wakacje także chcę wyjechać na jakiś 4-tygodniowy projekt. Myślałem o Indiach, ale waham się ze względu na pogodę. Rozważam też wyjazd do RPA i wolontariat w jednym z miejscowych ogrodów zoologicznych.

Tutaj znajdziesz więcej informacji o projekcie Młodzieżowy wolontariat medyczny w Ghanie

Franek Kiziński

Powrót do Historii Wolontariuszy

Poinformuj znajomych o tej stronie:

Powrót do góry ▲
Feedback
You seem interested in our projects! Care to tell us more?
I'd be happy to! Not right now, thanks.