You are from: United States, Go to our American website.

Volunteer overseas on worthwhile and sustainable programmesVolunteer Overseas

Od kiedy wróciłam, mogę powiedzieć: „Cóż za pożytek z oczu, kiedy serce jest ślepe”

Wywiad z Aleksandrą Kaźmierczak, uczestniczką wolontariatu z zakresu Ogólnej Opieki Nad Dziećmi na Sri Lance.

Aleksandra Kaźmierczak

Aleksandra Kaźmierczak: ma 23 lata. Urodziła się i mieszka w Krakowie, gdzie studiuje psychologię. Interesuje się fotografią. Uwielbia zatrzymywać na zdjęciach chwile po to, żeby nigdy nie przeminęły. Fascynuje ją otaczający świat, dlatego kocha podróże. Chce dzięki nim odnaleźć wszystkie „pokoje” swojego „domu”, a więc miejsca na świecie, w których czuje się jak w domu a także ludzi, dzięki którym się tak czuje. Kiedy już zrealizuje ten życiowy cel, zamierza wrócić do Polski i zamknąć drzwi. Wtedy bowiem będzie mogła przyznać, że odnalazła swój prawdziwy dom. Ola pragnie doświadczać wszystkiego, co zaoferuje jej życie, mieć zawsze otwarte oczy i nigdy nie mrugać a nade wszystko zawsze być wdzięczną.

Aleksandra Kaźmierczak

Projects Abroad: Wolontariat na Sri Lance brzmi… egzotycznie i ciekawie, a jak było naprawdę? Dlaczego chciałaś jechać akurat tam?
Aleksandra Kaźmierczak: Na samym początku chciałam pojechać na dwa miesiące do Nepalu. To był mój pierwszy wybór, ale z przyczyn organizacyjnych okazało się to niemożliwe – mogłam jechać do Nepalu tylko na miesiąc, w sierpniu lub zmienić miejsce docelowe mojego wolontariatu. Przyznam szczerze, że byłam tym faktem nieco rozczarowana. Tak bardzo chciałam zobaczyć Mount Everest, żyć u zbocza gór, że zapomniałam, jaki naprawdę jest cel tej całej wyprawy. Miejsce wydawało mi się bowiem tak odległe i egzotyczne, że moje wyobrażenia o nim przysłoniły wszystko inne. Na szczęście odzyskałam pełnię władz umysłowych i przypomniałam sobie, że nie jadę tam podziwiać piękne widoki ani przechadzać się górskimi zboczami. Musiałam coś wymyślić. Zmienić miejsce. Oczywiście dysponowałam określoną sumą pieniędzy, więc wybór miałam nieco ograniczony. Po eliminacji wszystkich nieosiągalnych dla mnie miejsc, pozostały dwa – Indie i Sri Lanka. Pomyślałam, że już jest mi to obojętne, dokąd pojadę. Chcę komuś naprawdę pomóc i to jest najważniejsze, a nie miejsce, w którym będę to robić. Trzeba było jednak na coś się zdecydować. Pamiętam ten dzień jak dziś: wybrałam się do sklepu i mój wzrok przyciągnęła herbata, która jak się potem okazało, została sprowadzona ze Sri Lanki. Wtedy już wiedziałam. Wróciłam do domu i radośnie poinformowałam rodzinę, że decyzja wreszcie zapadła, bo znalazłam… HERBATĘ! Wszyscy zgodzili się ze mną, że będzie to dobry wybór (wyjazd, nie herbata:) i tak właśnie zapadła decyzja o Sri Lance.

Aleksandra Kaźmierczak

W jaki sposób, jeśli w ogóle, odczułaś egzotykę tego miejsca?
Powiem tak: było tam naprawdę pięknie, ale całkiem normalnie. Mieszkając całe życie w dużym mieście, oczywiście odczułam Sri Lankę jako miejsce egzotyczne. Doceniałam to wszystko, co mnie otaczało. Pozwoliłam swoim zmysłom doświadczyć tego i nie bagatelizować żadnej chwili: słuchałam śpiewu ptaków, fal oceanu uderzających o brzeg, nasłuchiwałam też czy w pobliżu nie spadają na ziemię jakieś kokosy, uważnie obserwowałam życie krabów, lot motyli, drzewa tańczące na wietrze... Miało to swój niepowtarzalny urok. Czasem wystarczy po prostu otworzyć się na to, co nas otacza, a życie nabiera zupełnie nowych barw, zapachów, dźwięków i smaku. I to JEST właśnie EGZOTYCZNE.

Aleksandra Kaźmierczak

A dlaczego chciałaś wyjechać właśnie na wolontariat, a nie po prostu na wycieczkę?
Moje serce potrzebowało wolontariatu. Oczy tym razem nie decydowały.

Byłaś już kiedyś wolontariuszką?
Kiedyś brałam udział w akcji „Szlachetna Paczka” – organizowaliśmy paczki żywnościowe dla biednych krakowskich rodzin. Pamiętam, jak po całej akcji przyniosłam od siebie jednej z rodzin taką właśnie paczkę. Po prostu uznałam, że nie potrzebuję połowy rzeczy, które mam w domu. Mama też nie potrzebuje tych rzeczy, więc spakowałam wszystko i zaniosłam tej rodzinie. Matka, która zobaczyła mnie w progu z tymi „prezentami”, nie wiedziała, co powiedzieć. Pamiętam jej oczy do dziś. To one wszystko mi powiedziały. Dodało mi to siły i nadziei. Nigdy nie zapomnę też radości jej dzieci, takiej szczerej i prostej. Tego właśnie oczekiwałam od wolontariatu. Chciałam znowu zobaczyć tą radość. Spojrzeć komuś w głąb duszy i zostać do niej serdecznie zaproszonym.

Aleksandra Kaźmierczak

Jak pomagałaś miejscowej społeczności?
Pracowałam w przedszkolu. Spędzaliśmy czas z dziećmi, rysowaliśmy bawiliśmy się, uczyliśmy alfabetu i angielskiej numeracji. Byliśmy razem. Czas, który spędzałyśmy z dziećmi z przedszkola, trwał do południa. Po obiedzie przychodził natomiast czas na zajęcia popołudniowe ze starszymi dziećmi, z którymi uczyliśmy się podstaw języka angielskiego.

Aleksandra Kaźmierczak

A jak reagowali na Ciebie mieszkańcy Sri Lanki? Jaki w ogóle jest ich stosunek do obcokrajowców?
Nie wiem czemu, ale przyjechałam tam z myślą, że muszę bardzo uważać na miejscową ludność, aby ustrzec się od krzywd, które mogą mi wyrządzić i od oszustw, na które będę narażona. Na samym początku miałam mieszane uczucia, trochę się obawiałam, jak będą na mnie reagować. Czy będą w stanie zaakceptować moją obecność? Czy jestem w stanie tam żyć jak inni, nie zwracając na siebie zbytniej uwagi? Okazuje się, że tak i nie. Na początku ludzie patrzyli na mnie ze zdziwieniem, zaciekawieniem a niektórzy z oburzeniem – tak mi się przynajmniej wydawało. Nie mniej jednak na pewno wzbudzałam żywe zainteresowanie. Niekiedy dzieci śmiały się na mój widok, inne podbiegały i dotykały mojej ręki, a potem uciekały, śmiejąc się wniebogłosy. I ja się śmiałam, w końcu dotknęły białego człowieka, a tym białym człowiekiem byłam ja. Teraz myślę, że początkowo zbyt pochopnie oceniłam tych ludzi, tak naprawdę nic o nich nie wiedząc. Nie zostałam oszukana i nikt krzywdy mi nie zrobił. Ci ludzi są tak mili, że ma się ochotę po prostu z nimi zostać. To osoby, które zawsze mają czas, aby Ci pomóc. Pamiętam taką sytuację, kiedy razem z moją koleżanką z Francji – Justine – wracałyśmy do domu z centrum Panadury. Z racji tego, że były to nasze pierwsze dni na Sri Lance, jeszcze nie do końca wiedziałyśmy, gdzie mamy wysiąść. Wszystko było dla nas jedną wielką niewiadomą a nasz przystanek wyznaczało drzewo, które wydawało się nam drzewem, które widziałyśmy koło „naszego” domu. Nie wiedziałam, że takich drzew jest tam kilkadziesiąt i co ciekawe nie wszystkie rosły koło domu, w którym mieszkałam. Wysiadłyśmy więc na przystanku koło tego drzewa i okazało się, że brakuje nam tylko paru kilometrów i już będziemy w domu. Zapytałyśmy pewnej pani o drogę a ta, która mieszkała akurat koło TEGO drzewa, postanowiła pokazać nam nasze i poszła razem z nami. Nie mówiła po angielsku, szłyśmy więc w milczeniu, ale to nam nie przeszkadzało. Pani odprowadziła nas do domu i kiedy upewniła się, że już na pewno trafimy, zawróciła i poszła w swoją stronę. Zrobiło to na mnie duże wrażenie. To niesamowite. Szczerze powiem, że nie wyobrażam sobie podobnej sytuacji w Polsce, a na Sri Lance było ich wiele. Każdy dzień przynosił nowe. Mieszkańców Sri Lanki po prostu cieszyło, że mogą pomóc. Nie chcieli niczego w zamian, wystarczył uśmiech, dobre słowo. Ci ludzie są naprawdę niesamowici, choć nie mają wiele, podzielą się z Tobą ostatnią bułką i nigdy, przenigdy Ci tego nie wypomną. Kiedy byłaby taka potrzeba, oddaliby Ci swoją. Oni traktują tam siebie nawzajem jak rodzinę. Mówią do siebie „siostro”, „bracie”, tyle że u nich nie są to słowa bez znaczenia. Kiedy rano wychodziłam do szkoły, witałam się serdecznie z miejscowymi, a ci ludzie zmierzający do pracy również mnie pozdrawiali, życzliwie się uśmiechając. Te uśmiechy dawały mi siłę na cały dzień. To najserdeczniejsi ludzie, jakich przyszło mi spotkać w życiu.

Aleksandra Kaźmierczak

Myślisz, że czego najbardziej potrzebują mieszkańcy Sri Lanki? Z jakimi problemami dnia codziennego się zmagają?
Myślę, że tak najbardziej to oni potrzebują siebie nawzajem i zagwarantowania podstawowych środków do życia. Ważne są: dach nad głową, jedzenie i woda. Bez tego nie da się funkcjonować. Spotkałam się z wieloma rodzinami, które były biedne, nie powiedziałabym jednak, że były nieszczęśliwe z tego powodu. Nauczyły się żyć w określony sposób i radzą sobie, jak mogą. Same zbierają jedzenie i je organizują a przede wszystkim pomagają sobie nawzajem – w końcu wszyscy są tam jedną wielką rodziną i nie pozwolą na to, by ktoś z nich ucierpiał. Mówię oczywiście o tym, czego doświadczyłam ja. Jestem pewna, że Sri Lanka ma wielkie problemy, a wielu obywatelom tego kraju brakuje podstawowych środków do życia. Słyszałam od przyjaciela o tym, że w pewnych regionach Sri Lanki ze względu na brak opadów i ciągłe susze są ogromne problemy z zaopatrywaniem ludzi w wodę. Kiedy byłam w Kataragamie, widziałam jak matki z dziećmi kąpią się w rzece.

Aleksandra Kaźmierczak

Gdzie mieszkałaś w trakcie pobytu?
Na Sri Lance mieszkałam wraz z tamtejszą rodziną, która przyjęła mnie bardzo ciepło i stworzyła mi warunki, w których czułam się jak w domu. W domu mieszkałam razem z trzema innymi wolontariuszkami, gospodynią oraz dwójką jej nastoletnich dzieci. To wspaniałe, że mogłam uczestniczyć w ich codziennym życiu i zobaczyć, jak ono wygląda z tej perspektywy.

Aleksandra Kaźmierczak

Z jakimi problemami dnia codziennego zmagałaś się na Sri Lance?
Nie znajduję takowych. Przyjęłam wszystko, co zostało mi ofiarowane w czasie mojego pobytu. Nie chciałam, ani też nie żądałam. Cały czas byłam wdzięczna. Dzięki temu wyeliminowałam jakieś 90% problemów.

W jakim języku mówi się na Sri Lance, a w jakim Ty porozumiewałaś się z miejscowymi?
Na Sri Lance są trzy języki urzędowe: synagelski, tamilski i angielski. Ja oczywiście porozumiewałam się z nimi po angielsku.

Aleksandra Kaźmierczak

To drogi kraj? Jadąc tam, muszę wziąć pokaźne kieszonkowe?
Mogłabym odpowiedzieć, że jest podobny do naszego, choć jest tam taniej. Lankijczycy zarabiają naszą średnia krajową. A jeśli chodzi o kieszonkowe, to jego wysokość zależy od „standardu”, w jakim chcemy tam żyć. Jeśli musimy zaspokoić swoje podstawowe potrzeby, najeść się, napić i pozwolić sobie na drobną przyjemność, nie musimy mieć wiele pieniędzy, jeśli jednak zachce nam się nie wiadomo czego i po co, to trzeba wziąć więcej pieniędzy.

Czy wyjazd na Sri Lankę zainspirował Cię do czegoś? Dokonałaś jakiejś zmiany w swoim życiu pod jego wpływem?
Dokonałam zmiany w sobie. Otworzyłam się na świat. Już się nie boję. Jestem wdzięczna. Wiem, że serdeczność to klucz do ludzkich serc, a przede wszystkim klucz do mojego serca. Odnalazłam na Sri Lance dom i rodzinę. Była to przygoda mojego życia jak i zarazem dobra jego lekcja. Wyciągnęłam z niej mnóstwo wniosków. Od kiedy wróciłam, mogę powiedzieć, że prawdziwie widzę: „Cóż za pożytek z oczu, kiedy serce jest ślepe”. Należy patrzeć sercem na serce. Kiedy tam przyjechałam, pomyślałam sobie, że to smutne, bo my mamy wszystko, a oni nie mają niczego. Teraz już wiem, że jest dokładnie na odwrót. To oni mają wszystko, a my nie mamy niczego.

Tutaj znajdziesz więcej informacji o projekcie Opieka nad dziećmi na Sri Lance

Aleksandra Kaźmierczak

Powrót do Historii Wolontariuszy

Poinformuj znajomych o tej stronie:

Powrót do góry ▲
Feedback
You seem interested in our projects! Care to tell us more?
I'd be happy to! Not right now, thanks.