You are from: United States, Go to our American website.

Volunteer overseas on worthwhile and sustainable programmesVolunteer Overseas

Praktyki dla studentów kierunków medycznych, Praktyki dla studentów Medycyny w Chinach, Paula Pacula

Paula Pacula

Paula Pacula - Paula ma 23 lata. Urodziła się i całe życie mieszka w Krakowie. Tutaj studiuje na wydziale lekarskim Uniwersytetu Jagiellońskiego. Studia pokrywają się z przedmiotem jej zainteresowań. W przyszłości chciałaby zostać onkologiem dziecięcym. W wolnym czasie lubi czytać książki. Szczególnie ciekawi ją literatura rosyjska.

Projects Abroad: Postanowiłaś wybrać się do Chin. Dlaczego? Ten kraj tak Cię fascynuje?

Po trzecim roku studiów odbyłam praktyki w Ghanie. Praca w szpitalu, w którym standardy tak bardzo różniły się od europejskich, bardzo mi się wtedy spodobała. Postanowiłam więc, że jak tylko będę miała możliwość, postaram się wyjeżdżać jak najczęściej. Poszukując praktyk w jakimś egzotycznym kraju, natrafiłam na ofertę Projects Abroad. Uznałam, że skoro w Afryce już byłam, to teraz czas odwiedzić Azję. A skoro Azja, to chyba najciekawiej będzie w Chinach, czyli w kraju, w którym medycyna rozwija się już od starożytności. Ciekawiło mnie, jak pracują chińscy lekarze, łącząc wiedzę Zachodu z tradycyjną chińską medycyną.

Jadąc do Chin, znałaś chociaż trochę język chiński?

Nigdy się go nie uczyłam. Oczywiście przygotowując się do wyjazdu, poznałam parę podstawowych zwrotów, jak „dzień dobry” czy „dziękuję”, jednak moja znajomość tego języka nie wykraczała poza to. Dlatego w Chinach mogłam polegać wyłącznie na swoim angielskim. Nie było to łatwe, ponieważ bardzo mało Chińczyków zna choćby podstawy tego języka. Często więc moja komunikacja z miejscowymi opierała się na pokazywaniu albo tłumaczeniu danego słowa w elektronicznym słowniku, który przezornie ściągnęłam na swój telefon jeszcze przed wyjazdem.

Brałaś udział w projekcie medycznym. Skąd Twoje zainteresowanie tą dyscypliną?

Wiele osób na moich studiach mówi, że od dziecka marzyło o tym, aby zostać lekarzem. Ze mną było inaczej. W liceum wybrałam profil biologiczno-chemiczny, ponieważ wydał mi się najciekawszy. Przygotowując się do matury, zaczęłam zastanawiać się nad tym, co dalej. I tak, odrzucając kolejne kierunki studiów, uznałam, że to właśnie medycyna będzie dla mnie najlepsza przede wszystkim dlatego, że daje mi duże możliwości. Jest tyle różnych specjalizacji, że chyba każdy znajdzie tu coś dla siebie.

Czego nauczyłaś się w trakcie odbytych w Chinach praktyk?

Ponieważ swoją przyszłość wiążę z pediatrią, wybrałam pracę na takim właśnie oddziale. Mój dzień w szpitalu rozpoczynał się od badania dzieci. Zwykle to byli pacjenci z jakimś rzadko spotykanym objawem lub np. z dużymi zmianami osłuchowymi w płucach. Następnie lekarze omawiali ze mną szczegółowo każdy przypadek, dzięki czemu mogłam się dużo od nich nauczyć. Po lunchu szłam do innej części szpitala, gdzie zajmowałam się noworodkami. Czasami było ich nawet ok. 40. Pracę kończyłam na porodówce, gdzie badałam dzieci tuż po urodzeniu. W ciągu jednego dnia przeprowadzałam zatem badanie fizykalne kilkadziesięciorga dzieci, co świadczy o tym, jak intensywne i ciekawe były praktyki, jakie odbyłam i jak wiele mogłam na nich skorzystać. Mam nadzieję, że przybliżyło mnie to do mojego celu, jakim jest zostanie dobrym lekarzem.

Jak bardzo chińska służba zdrowia różni się od polskiej?

Trudno mi to stwierdzić. W Chinach byłam stosunkowo krótko i poznałam w tym czasie tylko zasady obowiązujące w jednym z tamtejszych szpitali. Z moich obserwacji wynika jednak, że podstawowa różnica polega na tym, że pacjenci w Chinach za wszystko muszą płacić sami, dlatego lekarze często opierają swoje diagnozy wyłącznie na badaniu fizykalnym. Nie zlecają dodatkowych badań, ponieważ chcą zmniejszyć koszta ponoszone przez pacjentów. Poza tym lekarze często łączą medycynę tradycyjną z konwencjonalną, dlatego oprócz lekarstw przepisują także zioła albo zlecają akupunkturę. I muszę przyznać, że czasami przynosi to niesamowite efekty.

Na co trzeba w Chinach szczególnie uważać? Czego się spodziewać po wylądowaniu?

Trzeba uważać na ludzi, którzy chcą cię oszukać. A tych niestety nie brakuje. Ja wylądowałam na lotnisku w Szanghaju bardzo późno w nocy, kiedy nie kursowało już metro, dlatego musiałam wziąć taksówkę, żeby dostać się do mojego hotelu. Już na lotnisku wielu ludzi proponowało mi, że mnie podwiezie tam, gdzie zechcę. Cena, jaką podawali, była jednak ok. cztery razy wyższa od standardowej. Dlatego najlepiej wsiadać tylko do oznakowanych taksówek. Tutaj też jednak trzeba zachować czujność. Należy od razu sprawdzić, czy kierowca włączył licznik. Ja niestety raz się na to dałam nabrać. Wsiadłam do taksówki i nie zwróciłam na to uwagi. Gdy poprosiłam o rachunek, taksówkarz udał, że nie rozumie i napisał mi cenę pięć razy wyższą niż ta, którą powinnam zapłacić. Lepiej więc oszczędzić sobie takich nieprzyjemności.

O wiele łatwiej jest, gdy przyjeżdża się od razu do miejsca, w którym będzie się odbywać praktyki. Wtedy bowiem ktoś z Projects Abroad odbiera Cię z lotniska. Ja niestety wylądowałam w Szanghaju, a praktyki robiłam w Chengdu, dlatego musiałam sama dojechać do hotelu. Kiedy dotarłam do Chengdu na dworcu czekała na mnie koordynatorka Projects Abroad, która oprowadziła mnie po mieście i wszystko pokazała.

Czy podczas pobytu utrzymywałaś kontakt z bliskimi/znajomymi w Polsce? Jeśli tak, to w jaki sposób?

Oczywiście. Przed wyjazdem poprosiłam przyjaciół, aby zainstalowali sobie taką aplikację WeChat. Przypomina ona trochę Messengera. Dzięki niej byliśmy w ciągłym kontakcie. Gdy tylko miałam dostęp do Internetu, wysyłałam im wiadomości, co u mnie słychać. Czasami załączałam także zdjęcia, a oni robili to samo z Polski.

Jak w miarę szybko i bezboleśnie odnaleźć się w tak wielkim kraju jak Chiny?

Z aklimatyzacją w Chinach zmagałam się przez cały mój pobyt i nawet po 5 tygodniach tam spędzonych nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Trzeba to przeżyć samemu i znaleźć swój własny sposób. Dla wszystkich wyjeżdżających tam mam jednak parę wskazówek. Na pewno bardzo pomocne są koordynatorki z Projects Abroad. Często pytałam je za pomocą aplikacji WeChat, „jak mogę dojechać tu i tu?”, a one dokładnie mi wszystko tłumaczyły. Po skończeniu praktyk dużo podróżowałam, więc moje koordynatorki nie mogły mi już udzielać tak szczegółowych instrukcji. Wtedy musiałam polegać tylko na sobie. Często w hostelu ktoś z obsługi mówi dość dobrze po angielsku, więc od niego można uzyskać pewne informacje. Poza tym pomocny jest również przewodnik, w którym nazwy zabytków napisane są po chińsku. Wtedy można pokazać to komuś i on ci pokaże, gdzie masz iść.

Swój projekt realizowałaś w Chengdu? Możesz nam opisać to miasto? Jak Ci się podobało?

Bardzo polecam Chengdu, nie jest bowiem tak zanieczyszczone jak np. Szanghaj i o wiele bardziej zielone niż inne chińskie miasta, które odwiedziłam. W okolicy, w której mieszkałam, rosło dużo drzew. Z mojego okna roztaczał się piękny widok na pobliski park. Było to dla mnie szczególnie ważne, ponieważ często przytłaczały mnie ogromne blokowiska, w których mieszkają Chińczycy. Z większych atrakcji, niedaleko Chengdu znajduje się największy park niedźwiedzi panda. Można tam spotkać zarówno duże jak i małe osobniki. Ja miałam to szczęście, że widziałam misia pandę w zaledwie trzy tygodnie po jego urodzeniu. W samym Chengdu jest też wiele ciekawych miejsc. Odwiedziłam np. wiejską chatę Du Fu. Oprócz wielu pamiątek po tym bardzo znanym w Chinach poecie z dynastii Tang, można tam także pospacerować po chińskim ogrodzie. W upalne dni jest to naprawdę wymarzone miejsce na odpoczynek. Jedyną wadą Chengdu, jak i innych chińskich miast, jest wszechobecny tłok. Gdziekolwiek się nie ruszysz, zawsze jest pełno ludzi. Trudno to nawet opisać, to trzeba poczuć. W Polsce w żadnym miejscu i o żadnej porze nie spotkałam tylu ludzi co w Chinach praktycznie na każdym kroku. Nie ma w tym nic dziwnego, gdy uświadomimy sobie, że w samym tylko Chengdu żyje ok. 4 mln ludzi.

Na ile dobrze poznałaś chińską kulturę i zwyczaje tam panujące? Możesz nam coś o nich powiedzieć?

W Chinach, jak już wspomniałam, spędziłam 5 tygodni. Trudno w tym czasie dobrze poznać tamtejszą kulturę, tak bardzo przecież różniącą się od naszej. Ja ciągle popełniałam jakieś faux pas, które oczywiście mi wybaczano z racji tego, że byłam cudzoziemką. Notorycznie wbijałam pałeczki w ryż, czego nie można robić, bo ten gest oznacza, że ofiarowuje się jedzenie przodkom. Często też, przez nieuwagę, mieszałam zupę pałeczkami, co jest niestosowne. O ile jednak te rzeczy potrafiłabym zmienić, o tyle znacznie trudniejsze było dla mnie mlaskanie przy jedzeniu. Jeżeli coś ci smakuje, w dobrym guście jest tam mlaskać. Kiedy tego nie robiłam, ciągle pytano mnie, czy mi smakuje, albo czy coś jest nie tak.

W czym Polacy mogliby brać wzór od Chińczyków?

Chińczycy są na pewno bardziej pomocni. Często do mnie podchodzili, oferując swoją pomoc, nawet jeśli w ogóle nie znali angielskiego. Gdy nie mogliśmy się dogadać, niektórzy dzwonili do swoich znajomych, którzy rozumieli po angielsku.

Wspominałaś, że miałaś okazję podróżować po Chinach? Powiedz, co Ci się udało zwiedzić?

Byłam w Szanghaju, Lhasie (stolica Tybetu), Xian i Pekinie. Widziałam zatem te najbardziej znane zabytki, jak Terakotowa Armia, Wielki Mur Chiński, Świątynia Nieba czy Pałac Potala. Ten ostatni to pałac Dalajlamy, który opuścił go w 1959 r. po inwazji Chińczyków na Tybet. Sam budynek pochodzi z XVII w., ale można tam zobaczyć również kaplicę z VII w., która zachowała się w całości. Żeby jednak wejść do jej środka trzeba uprzednio wykupić specjalne pozwolenie od chińskiego rządu. W kaplicy można przebywać tylko pod opieką przewodnika i to zaledwie przez godzinę. Uważam, że to miejsce warte zobaczenia. W środku można podziwiać groby poprzednich Dalajlamów oraz wiele kaplic poświęconych Buddzie. W tym miejscu czuje się, jak ważna jest dla Tybetańczyków ich religia i tradycja. Gdy jednak ktoś myśli o wyjeździe do Tybetu, musi zająć się jego organizacją na 3-4 tygodnie przed podróżą. Chińczycy wpuszczają bowiem do Tybetu tylko ze specjalnym pozwoleniem, na które czeka się mniej więcej tyle. Pozwolenie to zwykle załatwia się za pośrednictwem biura podróży, u którego wykupuje się daną wycieczkę. Samemu niestety nie można zwiedzać Lhasy, trzeba mieć swojego przewodnika. Także radzę zaplanować swój wyjazd jak najwcześniej.

Czy podróżowanie po Chinach jest kosztowne?

Moim zdaniem podróżowanie po Chinach jest dosyć drogie ze względu na to, że większe miasta dzielą od siebie duże odległości. Wielu turystów decyduje się na lot samolotem. Ja wybrałam pociąg. Było to bardziej czasochłonne, ale też dużo tańsze i ciekawsze. Bilety na ten środek komunikacji dzielą się w Chinach na trzy rodzaje: hard seated, hard sleeper i soft sleeper. Cena zależy od tego, jakim pociągiem się jedzie. Najdroższe, ale też najszybsze są pociągi oznaczone literą G. Pokonują trasę z Szanghaju do Pekinu (ok. 1300 km) w 5 godzin. Za najtańsze bilety, hard seated, płaci się ok. 500 zł. Dużo tańsze, ale też najwolniejsze są pociągi oznaczone literą K. Tę samą trasę pokonują w ok. 20 godzin, ale bilet kosztuje nie 500, a 120 zł. Najlepsze są bilety typu hard sleeper. Ich cena jest niewiele wyższa niż hard seated, a jazda o wiele bardziej komfortowa. Niestety z tego powodu trudno je dostać. Niektóre bilety na najbardziej oblegane trasy są rezerwowane już trzy miesiące przed czasem. Tak było w moim przypadku. Mimo że kupowałam bilet z Lhasy (stolica Tybetu) do Pekinu (4064 km) na 3 tygodnie przed odjazdem zostały już tylko hard seated. Za bilet zapłaciłam ok. 300 zł, ale jechałam aż 42 godziny! Jeśli więc chcecie dużo w Chinach zobaczyć, to wycieczkę należy zaplanować ze stosownym wyprzedzeniem. Podróżowanie po tym kraju wymaga dużej cierpliwości. Jeżeli zaś chodzi o transport w mieście, to jest on tani. Za przejazd autobusem płaci się zwykle ok. 1,5 zł i to niezależnie od tego, jak daleko się jedzie. Metro jest trochę droższe, ale nawet do najodleglejszych miejsc dojedzie się za mniej niż 10 zł.

A jedzenie?

Nie jest drogie pod warunkiem, że zamiast pizzy, zdecydujemy się jeść w restauracjach z kuchnią chińską. Za duży obiad zapłacimy tam mniej niż 20 zł. Trzeba tylko przyzwyczaić sie do tego, że jedzenie w Chinach jest zwykle bardzo ostre. Na dodatek, przyznam szczerze, że często nie potrafiłam się porozumieć co do tego, co dane danie zawiera, dlatego często wybierałam jedzenie na podstawie obrazków i nigdy nie byłam pewna, co tak naprawdę dostanę. Dodam też, że jedzenie w Chinach można kupić dosłownie wszędzie. Na każdej ulicy stoją ludzie sprzedający chińskie specjalności. Takie przydrożne jedzenie nie spełnia oczywiście żadnych europejskich norm sanitarnych i dlatego czasami ciężko jest się przemóc, aby je spróbować. Z mojego doświadczenia wynika jednak, że najlepiej kupować tam, gdzie ustawia się najdłuższa kolejka Chińczyków. Oni wiedzą, co dobre. Ja co rano kupowałam sobie na śniadanie chińskie bułki z nadzieniem w środku. Były bardzo sycące, a za dwie płaciłam tylko 50 gr.

Atrakcje?

Z moich obserwacji wynika, że drogie są miejsca chętnie odwiedzane przez turystów. Dlatego dużo zapłacimy za możliwość oglądania Terakotowej Armii (bilet kosztuje ok. 120 zł). Na mniej oblegane atrakcje wydamy nie więcej niż 20 zł, a niektóre miejsca można nawet zwiedzać za darmo.

Jak wygląda w Chinach dostęp do Internetu? Słyszałam, że wiele stron, serwisów i portali jest tam zablokowanych. Jak sobie z tym radziłaś?

Tak, to prawda. Nie można używać przeglądarki Google czy Facebooka. Czasami bywa to bardzo uciążliwe. Wiem, że niektórzy kupowali specjalny program, który umożliwiał im korzystanie ze wszystkich stron. Ja się jednak na to nie zdecydowałam. Zamiast Google używałam po prostu Yahoo. A z przyjaciółmi utrzymywałam kontakt dzięki wspomnianej już aplikacji WeChat. Największy problem miałam z brakiem dostępu do mojej poczty na gmailu. Poprosiłam jednak moją przyjaciółkę, aby mi robiła printscreeny maili i wysyłała je na WeChacie. W ten sposób, w miarę regularnie, „sprawdzałam” swoją pocztę. Na wszystko można znaleźć sposób, jak się chce.

Czy ta podróż jakoś Cię odmieniła?

Wiele mnie nauczyła. Spotkałam mnóstwo ciekawych osób. Zobaczyłam sporo interesujących miejsc. Zmierzyłam się też z wieloma przeciwnościami losu jak np. brak dostępu do mojego konta bankowego. Dzięki temu wszystkiemu nabrałam większej pewności siebie. Wiem, że potrafię poradzić sobie nawet w tak odmiennym kulturowo kraju jak Chiny. Ponadto dzięki tej podróży doceniłam, jak dobrze żyje mi się w Polsce. Miło było tutaj wrócić, bo jak mówi stare przysłowie, wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej.

Czym różniła się ta podróż od innych, jakie dotąd odbyłaś?

Była inna z co najmniej kilku powodów. Przede wszystkim nigdy nie byłam w państwie, które tak rożni się od Polski pod względem ustrojowym. Wskutek tego nie bardzo wiedziałam, czego mam się tam spodziewać. Poza tym był to pierwszy kraj, spośród tych, które odwiedziłam, gdzie tak mało ludzi mówi po angielsku. Najbardziej przytłaczające były dla mnie wszechobecne chińskie znaczki. Pierwszy raz musiałam odnaleźć się w miejscu, w którym pismo tak bardzo różni się od alfabetu łacińskiego.

Co mogło być Twoim zdaniem lepiej zorganizowane w trakcie Twojego pobytu w Chinach?

Myślę, że wszystko było zorganizowane bardzo dobrze. Moje koordynatorki pomogły mi we wszystkim. Jeżeli jednak miałabym coś zasugerować, to warto byłoby zapewnić wolontariuszom także pomoc w zakupie biletów na wszelaki transport w obrębie danego kraju. Z mojego doświadczenia wynika bowiem, że kupno biletów na pociąg w Chinach to nie taka prosta sprawa. Dlatego myślę, że ciekawym rozwiązaniem byłoby, gdyby można to było zrobić za pośrednictwem Projects Abroad.

Kolejnym celem Twojej podróży będzie…?

Myślę teraz nad Ameryką, bo tam mnie jeszcze nie było.

Tutaj znajdziesz więcej informacji o projekcie Praktyki dla studentów Medycyny w Chinach

Paula Pacula

Powrót do Historii Wolontariuszy

Poinformuj znajomych o tej stronie:

Powrót do góry ▲
Feedback
You seem interested in our projects! Care to tell us more?
I'd be happy to! Not right now, thanks.