You are from: United States, Go to our American website.

Volunteer overseas on worthwhile and sustainable programmesVolunteer Overseas

Opieka nad dziećmi, Ogólna opieka nad dziećmi w Nepalu, Marcin Bieliński

W maju 2012 roku zdawałem maturę, po której czekały mnie długie kilkumiesięczne wakacje. Od początku chciałem wykorzystać ten czas jak najlepiej i przeżyć coś, co będę pamiętał do końca życia. Gdy jeden ze znajomych opowiedział mi o Projects Abroad, od razu się zainteresowałem. Po kilku dniach przeglądania strony internetowej, czytania o miejscach do których można się wybrać, i samym wolontariacie, zdecydowałem się wziąć w tym udział. Moi rodzice byli sceptyczni, ale w końcu udało mi się ich namówić i w lipcu 2012 wylądowałem na lotnisku w Katmandu.

Marcin Bieliński

Pierwszy kontakt z Nepalem

Jak tylko wylądowałem na lotnisku widać było różnice miedzy Nepalem a Europą - samo lotnisko było troszkę zniszczone i zacofane. Prawdziwy szok przeżyłem w drodze do Hotelu Excelsior, w którym mieści się biuro Projects Abroad. Na ulicach Katmandu panowała wolna amerykanka. Nie było żadnych świateł, były nieliczne znaki drogowe, brak linii na jezdni, każdy jeździł jak chciał, co jakiś czas krowy chodzące po ulicach zatrzymywały ruch, a jedynym narzędziem komunikacji między kierowcami był klakson, co powodowało ciągły hałas.

Pierwsze dwie noce spędziłem w Hotelu Excelsior, który znajduje się w Thamel - centrum turystycznym. Trzeciego dnia zostałem zabrany do Jorpati, miejscowości pod sama stolicą, gdzie mieszkałem przez kolejne 3 tygodnie razem z Nepalską rodziną. Rodzina była bardzo miła i dbała o to, żeby każdy czuł się jak w domu. Samo mieszkanie było małe, ale przytulne. Każdy miał dostęp do dachu, z którego było pięknie widać okolice, a w nocy można było oglądać gwiazdy.

Mimo że w Jorpati nie było turystów i widok obcokrajowca był raczej rzadki, ludzie byli mili. Nie miałem żadnych nieprzyjemności i za każdym razem jak gdzieś szedłem, przybiegały do mnie dzieci, witały mnie oraz pytały się skąd jestem.

Nauczanie w szkole

Marcin Bieliński

W Nepalu pracowałem jako nauczyciel w jednej ze szkół, która byłaby odpowiednikiem naszej podstawówki oraz gimnazjum. Nazywała się „Peace Nepal Academy”. Nauczałem dzieci od 8 do 16 roku życia, głównie takich przedmiotów jak matematyka, przyroda oraz angielski. Lekcje były przeważnie przyjemne, dzieci grzeczne, chociaż często młodsze klasy wolały wyjść na dwór i bawić się ze mną. Wszyscy byli bardzo zainteresowani Polską i wypytywali mnie o najróżniejsze rzeczy na temat naszego kraju. Nieraz musiałem nawet śpiewać dla nich hymn polski. Szkoła była zorganizowana i do wszystkich przedmiotów były podręczniki, co ułatwiało pracę. W razie jakichkolwiek problemów zawsze był jakiś nauczyciel, który był w stanie mi pomóc. Z jednym nawet się zaprzyjaźniłem i nadal utrzymuję kontakt przez Facebook’a.

W szkole próbowałem nie tylko nauczać, ale też jak najbardziej umilać czas uczniom. Starałem się prowadzić lekcje w jak najciekawszy sposób oraz organizować różne dodatkowe zajęcia. Jednym z takich zajęć był quiz, który zorganizowałem z innym wolontariuszem z Francji dla 3 najstarszych klas. Któregoś dnia po szkole zorganizowaliśmy również turniej piłkarski, po którym nadal nie mogę uwierzyć jak to możliwe, że oni grają tak dobrze w japonkach.

Czas wolny

Marcin Bieliński

Mój czas wolny w Nepalu składał się z dwóch rzeczy: weekendów, i odpoczynku po skończeniu pracy. Przeważnie kończyłem szkołę o 16, po czym zawsze szukałem sobie jakiegoś dodatkowego zajęcia. Nie raz zostawałem dłużej w szkole, żeby pograć w piłkę nożną z moimi uczniami; zwiedzałem okolice albo wracałem do domu żeby sobie usiąść w spokoju na dachu i poczytać książkę.

Podczas wolnych weekendów chodziłem do Katmandu, żeby zobaczyć jak najwięcej ciekawych miejsc. Katmandu jest często nazywane miastem tysiąca świątyń, w związku z czym jedną z rzeczy, którą robiłem było ich zwiedzanie. W Nepalu jest wiele miejsc kultu buddyzmu oraz hinduizmu, dwóch głównych religii tego państwa. Jest wiele świątyń, które są wspólne dla obu tych religii, i w których można zobaczyć mieszankę tych dwóch kultur. Miejsca, które mi najbardziej zapadły w pamięci, to Swayambhunath - świątynia małp, która znajduje się na wysokim wzgórzu, na którym mieszkają setki małp. W samej świątyni można było zobaczyć kapliczki poświęcone różnym bogom, żywiołom, a na samym szczycie była duża półkula z wieżyczką i namalowanymi oczami Buddy.

W drugim tygodniu mojego pobytu w Nepalu wypadało Święto Przyjaźni, przez co był dzień wolny od szkoły. Dzień przed tym świętem w szkole wszyscy obdarowywali się różnymi bransoletkami ręcznej roboty na znak przyjaźni. W dniu Święta zostałem zapytany przez kilku uczniów z najstarszej klasy, czy chcę żeby mi pokazali jakieś ciekawe miejsce. Oczywiście zgodziłem się na to, więc spotkałem się z nimi pod szkołą i pojechaliśmy do Parku Narodowego. W parku chodziliśmy po górach, aż doszliśmy do małej świątyni, która była nad górskim strumykiem. W czasie podróży miałem szansę zobaczyć jeden z najpiękniejszych widoków w swoim życiu.

Marcin Bieliński

W wolnym czasie degustowałem też kuchnię Nepalską, która na początku za bardzo mi nie smakowała z powodu swej pikantności, ale z czasem ją pokochałem. W domu, w którym mieszkałem, przeważnie dostawaliśmy podobne rzeczy na śniadania i kolacje. Na śniadania jedliśmy naleśniki albo tosty, a na kolacje zawsze był ryż z zupą z soczewicy z różnymi smażonymi warzywami. Codziennie inna mieszanka warzyw powodowała, że kolacje smakowały zawsze inaczej. Dodatkowo, gdy wracaliśmy z pracy dostawaliśmy smażoną kukurydzę albo suszony prasowany ryż. Również za każdym razem gdy wracałem do Katmandu, czy też w czasie przerwy, chodziłem do restauracji albo barów i próbowałem nowych potraw. Jedzeniem, które najbardziej przypadło mi do gustu były „momo” - pierożki z różnymi nadzieniami, które były podawane z pikantnym sosem. W Jorpati, gdzie mieszkałem, potrafiłem kupić w barze cały talerz „momo” za około złotówkę.

Czy było warto?

Pytanie, które zadaje mi prawie każda osoba, z którą rozmawiałem o Nepalu. Jednogłośnie odpowiadam, że tak! Było to cudowne doświadczenie, i bardzo cieszy mnie fakt, że mogłem pomóc innym. Najważniejsza jest dla mnie sama wdzięczność tych ludzi. Zawsze będę pamiętał jak byłem ciągany za ręce przez gromadę drugoklasistów chcących się bawić, wypad do parku narodowego, albo jak wiązali mi bransoletki na ręce na znak przyjaźni. Ale największym podziękowaniem za moją prace zostanie telefon, który odebrałem na lotnisku 30 min przed odlotem. Był to telefon od jednego z moich uczniów, który chciał się jeszcze raz pożegnać, życzyć mi miłej podróży oraz szczęścia w przyszłości.

Marcin Bieliński

Powrót do Historii Wolontariuszy

Poinformuj znajomych o tej stronie:

Powrót do góry ▲
Feedback
You seem interested in our projects! Care to tell us more?
I'd be happy to! Not right now, thanks.