You are from: United States, Go to our American website.

Volunteer overseas on worthwhile and sustainable programmesVolunteer Overseas

Ochrona Środowiska w RPA/Botswanie, Maja Lipowska

Maja Lipowska

No to się wpakowałam. Co ja najlepszego narobiłam??? Teraz, gdy myślę o moich pierwszych afrykańskich wrażeniach, uśmiecham się sama do siebie i z sentymentem wspominam, jaka byłam przestraszona. Bo sama, bo daleko, bo inny kontynent, na którym nigdy nie byłam. Gdybym tylko wtedy wiedziała, że czekam mnie najwspanialszy miesiąc mojego życia… Na pewno oszczędziłabym sobie trochę nerwów.

Maja Lipowska

Droga na koniec Afryki

Same przygotowania do tej „wyprawy życia” zajęły bardzo dużo czasu (formalności, papiery, szczepienia…), ale czas mijał nieubłaganie i nagle okazało się, że trzeba się pakować i ruszać. Perspektywa spędzenia tylu godzin w samolocie nie była zbyt kusząca, ale to, co zobaczyłam u celu mojej podróży wynagrodziło nawet ból kręgosłupa. Już w drodze z lotniska do naszego rezerwatu, w którym spędzić miałam z innymi wolontariuszami cały następny miesiąc, zobaczyłam większość typowych dla Afryki przedstawicieli fauny i flory. Dla mnie to była zupełna nowość; dotąd te cuda podziwiać mogłam albo na zdjęciach, albo – okazyjnie – w zoo. Moja radość po zobaczeniu słonia była nie do opisania. Gdy w końcu dotarłam na nasz camp (bo tak tradycyjnie nazywaliśmy miejsce, gdzie nocowaliśmy i spędzaliśmy czas), poczułam się skonsternowana. Przyzwyczajona do warunków, jakie panują w typowych europejskich domach, poczułam strach, że nie podołam wyzwaniu, jakie podjęłam. Nie w stylu Polaka się jednak poddawać! Po krótkim zapoznaniu się z okolicą i otoczeniem przyszła kolej na przywitanie się z ludźmi – opiekunami i pozostałymi wolontariuszami. I wtedy się zaczęło.

„Camp”

Maja Lipowska

Cały miesiąc był niczym wyjęty z bajki. Pogoda, jak to podczas afrykańskiej zimy, może czasem nie do końca łaskawa (początkowo noce były koszmarnie zimne, ale z każdym dniem ocieplało się, aż do momentu, gdy zaczęliśmy zastanawiać się, czy nie spać nago;) ), ale za to niezmiennie sucha (ostatnia kropla deszczu spadła tam w styczniu!) naprawdę pozwoliła wrócić do domu z afrykańską opalenizną. Podczas najgorętszej pory dnia mieliśmy wolne od zajęć i mogliśmy przeczekać ten czas i spokojnie odpocząć w cieniu.

Zarówno wolontariusze, jak i opiekunowie zakwaterowani byli w namiotach na terenie campu. Oprócz namiotów 2, 4 i 6 osobowych są tam jeszcze 3 łazienki, kuchnia i pralnia oraz oczywiście lodżia i kamienne palenisko, na którym bez przerwy palił się ogień i wokół którego skupiało się codzienne życie i nierzadko odbywały się rozmowy do białego rana. Ogień rozgrzewał także zmarznięte ręce, gdy wcześnie rano grzecznie jedliśmy śniadanie przed rozpoczęciem porannych aktywności. Jak się okazało, hasłem przewodnim naszego campus było zawołanie „fuckin’ baboons!!!”, a to ze względu na uporczywe napady wygłodniałych pawianów, które w poszukiwaniu jedzenia czasem nawet demolowały nasze namioty.

Maja Lipowska

Nasz standardowy dzień rozpoczynał się około godziny 7.30. Wbrew pozorom nie była to straszna godzina, bo każdy dostosował się do innego trybu życiu – ze względu na brak światła chodziło się wcześniej spać, więc i wstawanie o 7 nie było problemem (zazwyczaj… ;) ). Średnio do godziny 12 wykonywaliśmy tzw. „morning activity”, czyli wyruszaliśmy w głąb rezerwatu, by prowadzić różnego rodzaju badania lub prace fizyczne. Czasem trzeba było pojechać w nieco bardziej oddalone miejsca i to był powód do ogromnej radości, gdyż poruszanie się odkrytym Land Cruiserem po rezerwacie było zawsze ekscytujące. W południe wracaliśmy na miejsce zakwaterowania, gdzie z lwim apetytem czekaliśmy na luch, jaki serwowały nam absolutnie fenomenalne tamtejsze kucharki. Do 14.30 mieliśmy czas na przetrawienie i odpoczynek, po czym przychodził czas na „afternoon activity”, czyli kolejne wyzwanie dla wolontariuszy. Następnym stałym punktem programu był oczywiście wieczorny dinner, kolejny popis talentu kulinarnego Jane i Precious, po którym już każdy miał czas dla siebie.

Codzienne zadania

Maja Lipowska

Jeżeli chodzi o same „aktywności”, to były na tyle różnorodne, że wszyscy mogli znaleźć coś dla siebie. Co prawda ze względu na panującą podczas zimy suszę nasze możliwości były nieco ograniczone, ale każdego dnia staraliśmy się poprawiać warunki panujące w rezerwacie. Tak więc gdy dopisywała pogoda udawaliśmy się na obserwację ptaków, poszukiwaliśmy krokodyli czy podążaliśmy tropem drapieżników. Czasem też oznaczaliśmy słonie czy po prostu prowadziliśmy spis zwierząt, które podziwialiśmy z ukrycia. Dokumentacja zebrana podczas tych badań pomóc ma w przemianowaniu terenu rezerwatu z farmerskiego na prawnie chroniony. Dzięki temu będzie można w dużym stopniu zapobiec degradacji tamtejszego środowiska. Czasami jednak trzeba było użyć nie tylko oczu i głowy, ale także i rąk. Kopaliśmy doły, z których później powstawały wodopoje, usuwaliśmy sidła, pułapki i druciane ogrodzenia, które mogły poważnie ranić zwierzęta. Żeby swobodnie poruszać się po rezerwacie trzeba było pomóc w tworzeniu nowej drogi bądź naprawiać te już istniejące. Nie można zapomnieć też o sleeping out-ach! To dopiero były emocje, gdy spędzało się całą noc pod gwiazdami w otoczeniu odgłosów natury i wszechobecnych zwierząt. Oglądać taniec hieny i antylopy walczącej o przeżycie – bezcenne.

Maja Lipowska

Oczywiście, szeroko pojęta ochrona środowiska to nie tylko rezerwat. W zakres naszych obowiązków wchodziła również praca w pobliskiej szkole (np. malowanie ścian) czy pomoc przy budowie kolejnych campów powstających w okolicy. Jednak to nie wszystko – nie sposób w kilku zdaniach opisać wszystkich zajęć, tego, czego się nauczyliśmy, poczucia odpowiedzialności i radości, że możemy przyczynić się do poprawy warunków życia w Botswanie.

Naturalnie nie zawsze było poważnie i pracowicie. Mimo, że mieszkaliśmy w rezerwacie, nie brakowało nam okazji do umilenia sobie czasu, czy to kąpielą błotną ;) czy bardziej tradycyjną – w jeziorkach, które nie zdążyły wyschnąć i cudownie chłodziły w upalne dni. Co jakiś czas wyjeżdżaliśmy do pobliskiej wioski, w której robiliśmy potrzebne zakupy, a dzień kończył się zabawą w barze z otwartymi i ciepło nas przyjmującymi mieszkańcami i oczywiście ich dziećmi, dla których byliśmy największą rozrywką. Jeden weekend spędziliśmy w większym mieście – Selebi Pikwe. Oprócz możliwości zobaczenia miasta i wtopienia się w afrykański styl życia, mieliśmy do dyspozycji sporą część pięknego hotelu, więc dla każdego ta wycieczka była bardzo udana.

Maja Lipowska

No i oczywiście ludzie. Afryka jest cudowna, lecz to towarzystwo sprawiło, że miesiąc tam spędzony był tak obfity w przeróżne wrażenia. Każdego dnia towarzyszyły nam rozmaite, ale bardzo silne emocje – od ekscytacji, gdy po raz pierwszy widziało się leoparda czy strachu, gdy uciekało się przed szarżującym słoniem. Wspólne przeżywanie tych przygód zbliżyło nas do siebie na tyle, że przestały mieć znaczenie wiek czy pochodzenie, wszyscy byliśmy RAZEM i razem też pozostaniemy na długi czas nawet po zakończeniu projektu.

Bycie oderwanym od codziennej rzeczywistości niewątpliwie wzmacnia charakter. Surowe warunki uczą pokory i wdzięczności za to, że mamy na stałe dostęp do czystej wody (której w Afryce jest jak na lekarstwo), elektryczności czy zasięgu w telefonach…

Projekt polecam szczególnie tym, którzy chcą poznać prawdziwą Afrykę. Nie w drogich hotelach, czy dużych miastach, gdzie co prawda nie pobrudzisz się rdzawą ziemią, ale i nie zobaczysz nosorożca oddalonego o 5 metrów. Afryka jest surowa i gorąca; czasem groźna i zaskakująca… Jedno jest pewne – zostawia magiczne wspomnienia na zawsze.

Maja Lipowska
Projekt ochrony środowiska
Botswana, sierpień 2012

Tutaj znajdziesz więcej informacji o projekcie Ochrona środowiska w RPA/Botswanie

Maja Lipowska

Powrót do Historii Wolontariuszy

Poinformuj znajomych o tej stronie:

Powrót do góry ▲
Feedback
You seem interested in our projects! Care to tell us more?
I'd be happy to! Not right now, thanks.