You are from: United States, Go to our American website.

Volunteer overseas on worthwhile and sustainable programmesVolunteer Overseas

Medycyna w Tanzanii

Jadwiga Cieślak

Jadwiga Cieślak

Jadwiga Cieślak

Jadwiga Cieślak

Jadwiga Cieślak

Jadwiga Cieślak

Jadwiga Cieślak

Jadwiga Cieślak – ma 17 lat. Jest uczennicą III LO im Marynarki Wojennej w Gdyni. Interesuje się podróżami.

Jadwiga Cieślak

Projects Abroad: Dlaczego wybrałaś młodzieżowy projekt medyczny w Tanzanii, a nie np. w Peru czy Nepalu?
Jadwiga Cieślak: dostałam dwie oferty z Projects Abroad: wyjazdu do Tanzanii bądź Nepalu. Jako że moja mama jest lekarzem i jej znajomy był jako lekarz na normalnym wolontariacie w Afryce, stwierdziłam, że Tanzania jest bezpieczna a poza tym wolałam poznać kulturę afrykańską niż nepalską.

Co dokładnie wiedziałaś o warunkach panujących w Tanzanii?
Co wiedziałam to, że szpitale nie są tam zupełnie takie jak w Polsce i nie mam co za wiele oczekiwać.

Czyli nastawiałaś się na szkołę przetrwania?
Raczej nie, bo wiedziałam, że będziemy mieszkać w przyzwoitych warunkach.

Chodzi mi o warunki panujące w szpitalach. Mówisz, że odbiegały od polskich. W jakim sensie?
W szpitalu jest kompletnie inaczej, np. na oddziale położniczym dwie kobiety muszą nieraz dzielić między sobą jedno łóżko a laboratorium nie jest wyposażone w lampę do zabijania bakterii! Poza szpitalem, dzięki tzw. medical outreaches, mieliśmy bezpośrednią styczność z ludnością masajską, której po konsultacji z lekarzem, rozdawaliśmy za darmo lekarstwa. W sumie sądzę, że właśnie w trakcie medical outreaches mogliśmy najwięcej pomóc.

Jak wyglądała Wasza pomoc?
Cała nasza grupa była podzielona na trzy zespoły. Zajmowaliśmy się rejestracją pacjentów, wydawaniem im leków oraz obserwowaniem tego, jak przebiega konsultacja z lekarzem.

Jakie jeszcze mieliście zajęcia?
Workshopy, podczas których dużo dowiedziałam się o chorobach tropikalnych takich jak malaria czy gruźlica, mogłam zobaczyć, jak wyglądają, bo zaraz po wykładzie szliśmy w tym celu na oddział. Mieliśmy też warsztaty, na których dostawaliśmy po kurczaku i mieliśmy za zadanie go zszyć.

Niektórzy polscy lekarze pewnie nigdy nie mieli okazji diagnozować podobnych chorób.
Dokładnie. Jak powiedziałam mojej mamie o dziecku z kwashiorkorem [niedożywienie spowodowane brakiem białka w organizmie], to odpowiedziała, że do niej jeszcze nigdy taki pacjent nie przyszedł i w Polsce tego nie ma.

Miałaś już wcześniej jakieś praktyki medyczne przed wyjazdem do Tanzanii?
Miałam, w laboratorium u mnie w mieście jako tzw. shadowing.

Czyli?
Obserwowałam, jak się co wykonuje. W Tanzanii w sumie też był przede wszystkim shadowing, bo jako że nie mam jeszcze wykształcenia medycznego, to jedyne, co robiłam, to ważyłam dzieci i zapisywałam wagę w ich kartach zdrowia.

Nie nudziło Cię to?
Nie. Shadowing przeważał, ale dzięki niemu mogłam zaobserwować, jak wygląda kontakt lekarza z pacjentem. Byliśmy głównie na oddziale położniczym, więc choroby, zresztą jak na każdym innym, często się powtarzały. Wyglądało to tak, że doktor podchodził do każdej kobiety a potem mówił nam, o której urodziła, jakie miała komplikacje, a że kobiet było dość dużo, poprzez takie omawianie też dużo się nauczyliśmy. Tak samo było na outreaches, jak obserwowałam diagnozę, przychodziły nieraz całe rodziny a główną chorobą panującą tam w okresie suszy jest bronchitis i od razu było wiadomo, że jak jedna osoba w rodzinie ma bronchitis, to reszta kaszle i też ma bronchitis.

W jakim języku porozumiewałaś się w trakcie pobytu w Tanzanii?
Część ludzi umie mówić po angielsku, przez całe 3 tygodnie mówiłam zatem tylko w tym języku. W trakcie pobytu mieliśmy też jedne zajęcia dotyczące podstaw suahili.

Wśród wolontariuszy nie było żadnego Polaka?
Nie, nie było nikogo z Polski z wyjątkiem mnie. Byli za to wolontariusze z USA i Holandii.

Słyszałam, że spędziłaś dwa tygodnie z grupą młodzieżową oraz tydzień z tzw. grupą otwartą.
Tak. Przez pierwsze dwa tygodnie byłam na Medical specials, więc u host family mieliśmy praktycznie całodniową opiekę, nawet na zajęcia przyjeżdżał po nas autobus. W trzecim tygodniu był już normalny wolontariat. Z dwiema dziewczynami, które też zostały na dodatkowy tydzień, chodziłam piechotą do szpitala bądź też gdzieś do miasta. Niezapomnianą rzeczą, już z tego tygodnia, kiedy to same chodziłyśmy po mieście, była podroż dalą dalą.

A co to takiego?
Są to samochody transportowe, coś jak Volkswagen Transporter, tylko co najmniej 20-letni, którym przemieszczają się miejscowi, ponieważ nie ma tam komunikacji miejskiej.

Dlaczego wydało Ci się to takie niezwykłe?
Bo obsługujący starają się upchać w busie jak najwięcej ludzi i… zwierząt. Raz nawet jak koleżanka jechała, to były tym przewożone trzy kozy. Mnie pod koniec pierwszej podróży było tak ciasno, że aż zdrętwiały mi stopy.

Jakieś jeszcze atrakcje? Podobno Arusha – miasto, w którym mieszkałaś leży u stóp Kilimandżaro, to pewnie ładne widoki miałaś?
Faktycznie teren jest górzysty, jeszcze lepiej było widać góry, jak wyjechaliśmy z miasta np. na outreach albo safari. Byliśmy też nad wodospadem.

To były zorganizowane wyprawy czy pojechałaś gdzie na własną rękę?
Safari i hiking mieliśmy zorganizowane. Jeśli chodzi o safari, to muszę przyznać, że naprawdę super jest zobaczyć te zwierzęta w naturze, ale nie umiem sobie wyobrazić tygodniowego safari. Mi po pięciu godzinach zaczęło się już nudzić. O! Jeszcze śmieszna sytuacja była z małpami. Zatrzymaliśmy się na lunch na terenie parku. Wszyscy przestrzegali przed małpami, ale mi nie wydawały się one niebezpieczne. Tymczasem rzeczywiście w ogóle się nas nie bały, podbiegały, wskakiwały na Twój stół i potrafiły otworzyć Twój lunchbox i zabrać kilka rzeczy a Ty w strachu nic nie zrobiłaś. Wydaje się to irracjonalne, ale tak właśnie było.

Jakieś jeszcze przygody?
Tak. Podczas Medical special mieszkałam u rodziny, u której nie było… prysznica. Na początku przeraziło mnie to, że codziennie będę się musiała kąpać w wiadrze, ale po jakichś dwóch dniach przyzwyczaiłam się i wiedziałam, jak dysponować wodą, aby całe wiadro mi starczyło:).

W mieszkaniu drugiej rodziny, gdzie przebywałaś w trakcie dodatkowego tygodnia wolontariatu, był już prysznic?
Tak. Tam już miałam normalny prysznic. W drugiej rodzinie host father prawdopodobnie był prawnikiem a przynajmniej był związany z prawem, bo miał dużo książek dotyczących przepisów prawnych.

A jaka atmosfera panowała w obu domach?
Było całkiem przyjemnie. Zawsze rozmawiałyśmy z naszymi hostami podczas posiłków, bo to były praktycznie jedyne momenty, kiedy ich widziałyśmy. Jak wracałyśmy wieczorem do domu, byłyśmy zmęczone i szybko szłyśmy spać. W pierwszej host family miałyśmy jakby 3 pokoje, w których spałyśmy i jeden pokój do „siedzenia” dla siebie, więc jeśli nie chciało się nam spać, oglądałyśmy tam filmy albo grałyśmy w karty.

A jak ogólne wrażenia z pobytu w Tanzanii? W Polsce to mało znany kraj, raczej nie cel wycieczek.
Bardzo się cieszę, że poznałam trochę tanzańskiej kultury, bo mieliśmy też wycieczkę do wioski masajskiej. A to wszystko z perspektywy mieszkania u hostów, a nie z perspektywy hotelu, w którym nie ma nawet sposobności poznania czegokolwiek związanego z prawdziwym życiem i funkcjonowaniem tamtejszych ludzi. O! I jeszcze zmorą w ostatnim tygodniu – przynajmniej dla mnie – było przechodzenie przez jezdnię. Ludzie strasznie tam jeżdżą, jest pełno motocyklistów, którzy zupełnie nie zwracają uwagi na to czy jest zielone czy czerwone światło.

A jacy są Tanzańczycy, kiedy „nie siedzą za kółkiem”? Mili? Gościnni?
Tak! Zawsze, kiedy idzie się ulicą pozdrawiają Cię, wołając „Mambo”, na które trzeba odpowiedzieć: „poa” albo „dole”. Dużo jest także osób chodzących wszędzie z okularami przeciwsłonecznymi i koszulkami z napisem „Tanzania”, którzy chcą Ci wcisnąć swój towar i mimo że ich kompletnie ignorujesz, oni się tym nie zniechęcają. Po prostu taką mają mentalność.

Tutaj znajdziesz więcej informacji o projekcie Medycyna w Tanzanii

Jadwiga Cieślak

Powrót do Historii Wolontariuszy

Poinformuj znajomych o tej stronie:

Powrót do góry ▲
Feedback
You seem interested in our projects! Care to tell us more?
I'd be happy to! Not right now, thanks.